Cały ten wywiad powstał w czasie przygotowywania Magdaleny Stużyńskiej do naszej sesji. W jej grafiku niewiele jest pustego miejsca. Bo jak nie sztuka w teatrze, to zdjęcia do serialu. A jak nie zdjęcia do serialu, to próby i występy Kabaretu Moralnego Niepokoju, z którym rozśmiesza Polskę od dwóch lat. W wakacje pojawi się z kabaretem w rodzinnym Giżycku. Uprzedzam: to nie jest wywiad do śmiechu.

Made in: Będzie śmiesznie?
Magdalena Stużyńska: (śmiech)

Wiesz, dlaczego zapytałem? Bo ludzie myślą, że jak się rozmawia z kimś z kabaretu, to pewnie łzy lecą ze śmiechu.
No tak, to bywa obciążające oczekiwanie. My, tak jak każdy, mamy różne dni, normalne problemy i też czasem bolą nas zęby. Nie żartujemy non stop. Stąd ludzie, którzy się tego po nas spodziewają, mówią: a co pan taki mrukliwy? Niech pan się uśmiechnie. Oczekiwanie jest takie, że powinniśmy się cały czas śmiać, a jak się tego nie robi, to jest się mrukiem i zadziera się nosa. My nie możemy być cały czas fajerwerkami humoru. Jesteśmy weseli na scenie, a takiej energii nie można mieć 24 godziny na dobę.

Można zachować energię przez kilka występów pod rząd?
Nie ma znaczenia, który to występ. To publiczność nas pociąga, to jest chemia między nami a nią. Jeszcze nie byłam świadkiem, odkąd przez dwa lata jestem w kabarecie, byśmy mieli tzw. „węgierską publiczność”.

Węgierską? Jaka to?
Taka, która nie reaguje. Język węgierski większości z nas z niczym się nie kojarzy i nic nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Więc to założenie odwrotne – na widowni siedzą Węgrzy i nic nie rozumieją.

Zdarzyło ci się przed puentą skeczu buchnąć śmiechem, bo i ciebie on dobrze bawił?
Ze skeczami jesteśmy oswojeni, choć czasem Robert (Górski, lider kabaretu – red.) improwizuje i faktycznie trudno się powstrzymywać od śmiechu. Z reguły staramy się nie gotować. Ja akurat miałam dobrą szkołę w Teatrze Kwadrat, gdzie pracowałam z Grzegorzem Wąsem i Pawłem Wawrzeckim, którzy są mistrzami gotowania. Nauczyłam się opanowywać.

Teraz z kolei wyjaśnij, co to jest to gotowanie?
W slangu teatralnym to doprowadzanie partnera na scenie do śmiechu. Miarą profesjonalizmu w teatrze jest m.in. właśnie to, czy umiesz opanować się przed prywatnym śmiechem na scenie. Ja z tym posagiem weszłam do kabaretu.

Zostałaś zaproszona przez chłopaków do Kabaretu Moralnego Niepokoju. Zdrazili ci kiedyś, czy były brane pod uwagę inne aktorki?
Z Robertem poznaliśmy się już dawno, choć nie mieliśmy jakoś specjalnie kontaktu. Wpadliśmy na siebie w Teatrze Kwadrat na jubileuszu Jana Kobuszewskiego.
I wtedy zrodził się pomysł, byśmy zaczęli współpracować.

No właśnie, Kobuszewski. To jedno z wielu ciekawych nazwisk Teatru Kwadrat, w którym grasz od 15 lat. Czerpałaś z jego warsztatu?
Grałam z nim w trzech sztukach. Jest bardzo skromny, nigdy nie starał się być dla nikogo nestorem, nie pouczał, nie dawał uwag. A sama nigdy nie miałam śmiałości, żeby prosić o „korepetycje”. Trochę żałuję. On tak niewiele musi robić, by było śmiesznie. Wystarczy że uniesie brew.
Moim mistrzem był Jerzy Turek, który wprowadzał mnie w zawód. Spotkałam go na planie „Złotopolskich” i to on polecił mnie dyrektorowi Teatru Kwadrat. Przyszłam na przesłuchanie do roli w ramach zastępstwa. I dostałam… etat.

Opiszesz atmosferę, jaka panuje w trasie w waszym kabaretowym busie?
Zazwyczaj jest bardzo wesoła. Czasem jest to jeżdżąca loża szyderców, a czasem miejsce debaty politycznej na skraju awantur. Zdarza się magiel towarzyski, rodzą się nowe tematy, bo wszystko pada na tak podatny i płodny grunt, jakim jest umysł Roberta Górskiego. Każde ziarno w jego głowie potrafi zakwitnąć. To jest niesamowite.
No i najfajniej jest, jak się długo nie widzimy, po 10 dniach przerwy. A kiedy wracamy nocą, najczęściej oglądamy filmy.

Komedie?
Czasem tak. Ale zdarzają sie też horrory, których nie cierpię. Wtedy chłopaki dają mi słuchawki i tablet do poczytania, by kierowca nie dostał zawału od moich wrzasków. Jeśli zdarzy się słaby film, wybieramy sobie bohaterów, z którymi się utożsamiamy, i wymyślamy dalszy ciąg.

Masz swoje ulubione polski komedie?
„Nie lubię poniedziałku”. Ostatnio sięgnęłam po nią po latach i rozśmieszyła mnie niemal do łez. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że dużo bardziej śmieszą mnie te stare komedie niż współczesne.

Tak samo jest z kabaretem?
Tak. I jako widz przyznam ci się, że nie jestem zwolenniczką kabaretu. Cenię tylko kilka. Jest cała masa kabaretów, które kompletnie mnie nie śmieszą.

Kabaret Moralnego Niepokoju od lat nie obniża poprzeczki, bo…
Robert, który pisze wszystkie teksty, ma charyzmatyczną osobowość sceniczną, niesamowite poczucie absurdu i dobry gust. To jest źródłem sukcesu.

W wakacje wystąpicie w Giżycku, twoim rodzinnym mieście. Twój pierwszy raz?
Drugi, pierwszy był w ubiegłym roku i bardzo się stresowałam, choć na widowni była moja kochana kuzynka.

Dobra publiczność czy węgierska?
Dobra. Giżycko śmiało się.
My wyprowadziliśmy się do Warszawy niedługo po moim urodzeniu. Potem często odwiedzaliśmy rodzinę. Dzieciństwo w Giżycku zawsze będzie mi się kojarzyć z papierówkami. Ciocia miała piękny sad, jadłam je do bólu brzucha.

Odwiedziłaś miejsce, w którym mieszkałaś?
Za każdym razem rodzice pokazywali mi nasze okna.

Ciekawe, czy obecni właściciele wiedzą, kto tam kiedyś mieszkał?
(śmiech) Nie sądzę, a adresu nie pamiętam, więc nie podam.

Podaj ulubiony dowcip.
Nie opowiem ci. 50 procent śmieszności dowcipu polega na śmieszności opowiedzenia. Więc jak ci opowiem, to tej śmieszności na łamy się nie da przenieść. A poza tym mnie śmieszą świńskie dowcipy, więc chyba nie nadają się do druku.

Czego potrzebuje dobry kabareciarz?
Temperamentu, odwagi i umiejętności przesunięcia granicy obciachu.

Na twojej stronie czytam o zainteresowaniach: poezja, malarstwo,ambitny film, muzyka poważna. Nie są to cechy, którymi opisuje się artystę kabaretowego.
Jak widzisz, artysta kabaretowy potrafi zaskakiwać. Ja nie widzę w tym sprzeczności. Takie zainteresowania może mieć każdy, chirurg, murarz i handlowiec też.

Jest wspólny mianownik między scenę kabaretową, a teatralną?
To jest troszkę jak z grą w tenisa stołowego i ziemnego. Zasady podobne, są rakietki, piłeczka i siatka, a różni się przede wszystkim technika. Środki, jakimi posługujesz się na scenie kabaretu, w teatrze są niedopuszczalne. Uważane są za szmirę. W teatrze są skromniejsze, bardziej powściągliwe. Ale takie środki nie wystarczą na estradzie, tu trzeba sięgnąć po mocniejsze metody.

W serialu „Przyjaciółki” grasz z samymi dziewczynami. W kabarecie z samymi facetami. Który wariant bardziej ci pasuje?
To tak jakbyś zapytał mnie, czy wolę pieczeń jagnięcą, czy tiramisu. Wolę nie wybierać. Bo i jedno, i drugie uwielbiam.

Łatwo się przestawić ze zdjęć do „Przyjaciółek”, gdzie grana przez ciebie Ania jest zawiłą i ciężką osobowością, a chwilę potem rozśmieszać na scenie?
To jest jak otwieranie kolejnych plików w komputerze. Na tym polega warsztat.

Czy po 11 latach na planie „Złotopolskich” łatwo było ci zerwać z wizerunkiem Marcysi?
To nie było takie trudne, mimo iż postać i serial były bardzo popularne. Pomogło mi to, że bardzo dynamicznie zaczęły rozwijać się inne seriale, więc uwaga widza rozproszyła się w innych kierunkach. W tej chwili zaszufladkowanie w serialu nie jest tak groźne, jak wtedy, kiedy były dwa kanały w telewizji. Zmienił się też i widz. Masa młodych dziewczyn, które oglądają „Przyjaciółki”, nie zna „Złotopolskich”, bo zwyczajnie nie pamiętają serialu. Wszystko więc dobrze się złożyło. Szufladę z napisem „Marcysia” zamknęłam.

Masz odłożoną w marzeniach rolę życia?
Nie. Kiedyś miałam, ale już wyrosłam z tego. Chciałabym dostać taką rolę, by samą siebie zaskoczyć. Chcę grać dobrze napisane role, pełnokrwiste postacie, które mają życie wewnętrzne podlegające przemianom.

Mało kto kojarzy cię ze śpiewem operowym. Miałaś go kiedyś w planach zawodowych?
Tylko na etapie szkoły muzycznej. Potem poszłam na „łatwiznę”, bo miałam już tyle propozycji aktorskich, że musiałam dokonać wyboru: albo zostaję w szkole muzycznej, albo w zawodzie aktora. Śpiew operowy traktowałam jako hobby. To też wynikało też trochę z kalkulacji. Zawód śpiewczki operowej wymaga wielu wyrzeczeń. Dużo większego podporządkowania się tej profesji niż aktorstwo. A to bardzo utrudnia życie rodzinne.

I choćby nie wiem jakiej klasy była śpiewaczka, to nie dorówna popularnością aktorowi.
Wybierając zawód aktora czy śpiewaka, żeby osiągnąć w nich choć minimalny sukces, każdy musi wychodzić z założenia, że zostanie jednym z największych. To pyszne założenie, które potrzebne jest do tego, by dawało kopa, odwagę. Ale też z tyłu głowy trzeba mieć świadmość, że to się może nie udać. I myślę, że to ryzyko w przypadku śpiewaczki operowej jest dużo większe. Jestem przekonana, że bardziej bolesne jest być niespełnionym śpiewakiem niż niespełnionym aktorem.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński
Obraz: Joanna Barchetto
Make up: Brygida Dremo
Pomoc w realizacji sesji: Justyna Radzymińska
Wnętrza: Camera Work Studio / Warszawa