Warszawski turysta dzwoni do próbującego rozkręcić agroturystkę Bartka Boguckiego. Pyta czy ma łuki. – Mam – zapewnia. Namawia dziewczynę na wagary i jadą do Gdańska kupić jakikolwiek łuk. Dzisiaj ich biznes nazywa się Bartbo i po 17 latach od tamtego telefonu, nie ma sobie równych w kraju.

Pod koniec lat 90. Bartek Bogucki podpytał w urzędzie pracy o możliwość dofinansowania do stanowiska pracy. Planował bowiem zatrudnić pierwszego pracownika. Pani z bułą w dłoniach, przełykając kęsy, wysłuchała planów o imprezach eventowych i o pomyśle na dokupienie zestawów do paintballa i quadów. – Powiedziała mi: „wie pan, na tokarkę, szlifierkę, to tak, ale dla wróżek i na to, co pan robi, to nie ma” – Bartek przytacza komiczną dzisiaj historię.

Bartbo jest największą firmą eventową w kraju, która zapewnia tak szeroki wachlarz rozrywki. Rocznie organizuje w całej Polsce blisko 600 imprez. Kiedy szefa marketingu, Przemka Pichalskiego, pytam na korytarzu siedziby w Butrynach, czego nie daliby rady zorganizować, po sekundzie zastanowienia odparł, że lotu na Marsa.
– Za dużo pozwoleń. Z resztą dajemy sobie radę.

Siłę marki Bartbo Bartek Bogucki zbudował z żoną Kamilą od zera. Nazwa firmy jest łatwa do rozszyfrowania, od BARTosza BOguckiego, ale nie tak miało być. – Miało być dokładnie odwrotnie: Bobart – zaczyna opowiadać historię. – Pod koniec lat 90. nie miałem jeszcze komputera i skrzynki mailowej. A już pierwsze zlecenia dostawaliśmy pocztą elektroniczną. Po całą korespondencję chodziłem wtedy do kumpla w urzędzie. Dzwonił do mnie: „Bartek, wpadaj, jest mail do ciebie”. A kiedy pierwszy raz logował mnie, login „bobart” było zajęte, więc sam zaproponował mi „bartbo”.

Tak naprawdę Bartbo powstało dużo wcześniej niż formalna rejestracja firmy w 2001 roku. Też dużo wcześniej niż pierwsze imprezy organizowane dla letników od 1997 roku. Historia przyszłego Bartbo to przede wszystkim kształtowanie osobowości, pracowitości, oszczędności i szacunku dla pieniędzy, które Bartek i Kamila dostali w posagu ze swoich domów. To miłość do natury, którą wszczepił mu ojciec, lekarz z zawodu, myśliwy z pasji.

– Ojciec zmarł, kiedy miałem 16 lat, mama została z pensją 600 zł i rozpoczętą budową domu w Łajsie. Pomagała nam rodzina, ale i nalegała, by sprzedać budowę – wspomina Bartek.

Już od drugiej klasy technikum energetycznego zaczął więc pracować.

W więzieniu po nocach zszywał akta. Pracę załatwił na dowód starszego brata, bo sam był jeszcze nieletni.
W domu handlowym Urania, przebrany za św. Mikołaja, chodził z worem cukierków. – Chyba większym ode mnie. Jak zdejmowałem brodę, dziwili się, że kryje się pod nią taki gówniarz – żartuje dzisiaj.

Dorywcza praca plus pomoc wuja i inżynierska smykałka Bartka sprawiły, że parter domu został wykończony. Pod letników. – Był to okres, kiedy przyjeżdżali warszawiacy z takimi zwitkami banknotów, jakie widziałem tylko w banku. A nie mieli na co tych pieniędzy wydawać. Łowili ryby, a miejscowym kucharkom płacili po 50 zł za ich obranie. A ja na budowie dostawałem 30 zł dniówki.

Wtedy wpadł na pomysł organizowania im spływów kajakowych z Łajsu do Olsztyna. Kupił kajak, a potem kopyto do robienia kolejnych. Z Kamilą opracowali trasę. Potem wpadli na pomysł paintballa w lesie. Bartek: – Finansowo byliśmy golasami, dlatego po cztery
tysiące pożyczyliśmy od dwóch braci.

Kupiliśmy za to osiem kompletów broni i dziesięć mundurów. I tak zaczęliśmy obsługiwać wczasowiczów
z okolicznych ośrodków.
Któregoś dnia jeden z nich zadzwonił:
– A jakąś strzelnicę, łuki, macie?
– Mamy.
Stojąca obok Kamila szturcha chłopaka: – Jakie łuki?! Nie mamy łuków!
– To pojedziemy do Gdańska i kupimy.

Wyciągnął ją na wagary z ogólniaka. Za wszystko kupili jeden łuk, dwie cięciwy i pięć strzał. Etui uszyła już Kamila.
Bartek: – W uproszczeniu: działamy na podobnej zasadzie do dzisiaj, czyli robimy to, czego oczekuje od nas rynek.
Oboje pamiętają czasy studenckie, kiedy kompletnie zawalali życie towarzyskie. Z imprez, o ile mieli na nie czas wpaść, szybko uciekali, bo świtem już byli w pracy.

Wspomina Kamila: – Wuj, który pomagał Bartkowi, powiedział mu kiedyś: Bartek, skończyłeś studia, a ty jak harcerzyk będziesz po lesie biegał z tym paintballem.

Po latach ten sam wuj: „Nie sądziłem, że z tego coś takiego wyjdzie!”.

Obydwoje żyją firmą, którą stworzyli od zera. Ale i kadra żyje firmą. Zespół starają się tak kompletować, by każdy przyjeżdżał do pracy z przyjemnością. – My nie sprzedajemy cukru w hurtowni. My sprzedajemy imprezy, a imprezy to emocje. Więc nasi instruktorzy też muszą to lubić. Bo jak ludzie mają się dobrze bawić, widząc nadąsanego instruktora? – obrazuje Kamila.

Wszystko, co zarobili, inwestowali w sprzęt i kadrę. Kiedy Kamila jako studentka wyjechała pracować do Francji, po powrocie kupiła 12-letniego Opla Vectrę, by wreszcie być niezależną. Bartek starannie dopieścił Opla, aż Kamili pojawił się błysk w oku. Tyle, że dopieścił go… na sprzedaż. Przekonał Kamilę, że lepiej zainwestować w dwa quady i na nich zarabiać. – Uznaliśmy, że to już chyba pora zalegalizować związek, skoro tak się sprawy mają – opowiada Kamila.

Jeszcze w piątym miesiącu ciąży biegała zimą po lesie przy organizowanych imprezach. Uznała, że to już przesada. Ostatni miesiąc lekarz kazał jej już tylko leżeć, więc Bartek kupił pierwszego w życiu laptopa, by mogła pracować na leżąco. – Pamiętam, kiedy już zaczął się mój pierwszy poród, Bartek prosił jeszcze, by odesłać trzy zapytania o imprezy. Napisałam oferty ii spakowałam się do szpitala.

Firmę zbudowali na kompromisach i twórczych kłótniach. Dzięki temu odrzucali skrajne wizje, zostając przy trafniejszych decyzjach. Nigdy nie dorobiliby się tego, gdyby nie kochali lasu i natury – miejsca pracy. Rok temu pojechali na urlop. Wzięli namioty
i rozbili się na łąkach… osiem kilometrów od domu.

Tekst: Rafał Radzymiński
Obraz: Joanna Barchetto