Spotykamy się na otwarciu Lawendowego Muzeum Żywego w Nowym Kawkowie pod Olsztynem, wyjątkowej wiosce zamieszkałej przez tzw. „aliantów”. To kreatywni ludzie, którzy porzucili miasto dla warmińskiej wsi. Wraz z nimi ćwierć wieku temu trafił tu Stanisław Soyka, muzyk i kompozytor. Co sprawia, że gna ze stolicy w kierunku Olsztyna niemal w każdej wolnej chwili?

Made in: Wciąż palisz? Brukowce niedawno pisały, że zacząłeś zdrowo żyć, schudłeś.
Stanisław Soyka: Ten nałóg jeszcze mi został.

A jaki odpadł?
Na przykład wieprzowina, białe pieczywo, słodycze. Staram się nie jeść wieczorem, ale to trudne przy moim trybie życia i pracy. Przed koncertem nie mogę jeść, bo mam somatyczną tremę. Na scenie stres się rozładowuje, a po zejściu z niej mógłbym zjeść konia.

Alkohol?
Jeśli już to tylko kieliszek czystej wódki, bo ma najlepszy wskaźnik glikemiczny ze wszystkich alkoholi.

Co cię skłoniło do zmian w diecie?
Cukrzyca, która w tej chwili jest spacyfikowana. Ale nie przesadzam z ograniczeniami, cieszę się każdym dniem. Ostatnio odeszło kilku moich przyjaciół, co przypomina mi o tym, aby żyć co do minuty.

Czyli być hedonistą?
Hedonizm trzeba raczej zwalczać w sobie. Ale dzieci mam dorosłe, obowiązki rodzicielskie są poza mną, więc mam więcej przestrzeni do wykorzystania dla siebie. Człowiek jest holistycznym zjawiskiem. To, jak funkcjonuje ciało, ma wpływ na duszę. Ale nie mogę zajmować się tylko swoją higieną osobistą, bo przestałbym być człowiekiem społecznym. Staram się równoważyć wszystkie „ostrożności”, żeby nie przesadzić w druga stronę. Chodzi mi o to, aby mnie samemu i innym żyło się ze mną dobrze.

I udaje się?
Miłość bliźniego jest bardzo wymagająca, wymaga redukowania egocentryzmów, pychy. Są ludzie wokół mnie, dla których czasem nie starcza mi cierpliwości, ale staram się pamiętać, że też mam swoje za skórą. Muszę na przykład, nieustannie powściągać swój despotyzm.

Dla kogo nie starcza ci cierpliwości? Dla dziennikarzy? Namolnych fanów?
Absolutnie nie. Nie jestem ścigany przez paparazzich, nie mam też fanklubów, ludzie zaczepiają mnie sporadycznie. To taka skala popularności, która nie powoduje rozdrażnienia. Nie zabiegam o rozgłos w mediach, nie jestem kontrowersyjny, więc mam spokój pod tym względem. Nie trzeba na mnie polować pod domem na Saskiej Kępie. Każdy może mnie tam zobaczyć, sfotografować, tylko po co? Autografy zbierają głównie nastolatki, a ja nie jestem ich idolem. „Idol” kojarzy mi się z fanatyzmem. Nie lubię też słowa „kariera”. Wolę słowo „droga”.

W tym roku mija chyba 35 lat twojej muzycznej drogi.
Nie obchodzę jubileuszy, bo nie wiem, od którego momentu liczyć. Jeśli uznać za początek drogi pierwszą zapłatę za pracę na scenie, to mija właśnie 37 lat. Za debiut uważam jednak swój pierwszy album nagrany w 1978 roku, ale wydany rok później. I tak to jest z tymi rocznicami.

A z czego utrzymywałeś się przed 37 laty?
Byłem jeszcze w domu rodzinnym na Śląsku. Wychowywano mnie w nim kochająco, ale i surowo, wymagająco.

Dostawałeś lanie?
Tylko raz. Miałem sześć lat, brat Jerzy pięć. Urwaliśmy się zobaczyć poprzebieranych studentów politechniki podczas juwenaliów w rodzinnych Gliwicach. Pech chciał, że przechodził tata. Szepnąłem bratu: nie martw się nie będzie bolało – mieliśmy na sobie skórzane bawarskie spodenki. Ale ojciec kazał je zdjąć. Nie wolno się było skrzywić, bo dostałoby się podwójnie.

Swoich synów też wychowujesz „po śląsku”?
Tylko raz dałem klapsa małemu Kubie. I długo tego żałowałem. Dzisiaj rzadko ochrzaniam synów. Rozmawiają ze mną, nie wypierają się mnie, chcą ze mną grać – to już coś. Dwaj starsi synowie budują już swoje rodziny, młodsi kontynuują naukę. Tylko jeden z tej czwórki nie zajmuje się muzyką – interesuje go robienie filmów animowanych.

To ze względu na nich przyjeżdżasz na Warmię?
Warmia to mój drugi dom, zaraz po warszawskim. Mieszka tu pierwsza żona i wychowały się nasze dzieci. Ale Warmię poznałem zanim założyłem rodzinę. Przyjeżdżałem tu z przyjaciółmi, którzy osiedlili się i zaczęli tu tworzyć nową rzeczywistość, zakładać stowarzyszenia, chronić krajobraz. Stali się dobrym przykładem dla innych, choćby w takich kwestiach jak strzyżenie trawnika, segregacja śmieci, czyste obejście. Warmińskie wioski 25 lat temu były trzecim światem, teraz czuć tu Europę.

Masz jakieś rytuały po przyjeździe tu?
To krótkie pobyty, ale intensywne, umacniające i serdeczne. Objeżdżam kilka wiejskich domów moich przyjaciół, np. Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie. Wpadam też do ulubionej restauracji „Przystań” nad jeziorem Krzywym w Olsztynie, która od lat trzyma poziom. Zjadam rosół, krewetki albo sałatę z camembertem. W lecie zaliczam kąpiel w leśnym jeziorze w Gamerkach.

Kiedyś zwiejesz na wieś na stałe?
Jest taki plan, żeby za kilka lat osiąść za miastem. Mam posiadłość na Mazowszu, pod Puszczą Kampinoską – mój trzeci dom. Z okna widzę łosie, skaczę „na bombę” z pomostu do swojego jeziorka. To mój mały raj.

To w takich warunkach powstają przeboje jak „Tolerancja”?
„Tolerancja” powstała mimochodem, na „chybcika”. To było wejście smoka na listy przebojów. Chociaż z muzykologicznego punktu widzenia pisałem bardziej skomplikowane utwory, to ten utwór ma melodię, którą szybko się przyswaja. I taka sensacja nie może zdarzać się co chwila w życiu kompozytora.

Masz jakieś hobby poza muzyką?
W muzyce zawiera się wiele innych dyscyplin, czym innym jest komponowanie, pisanie tekstów, czym innym granie. Ale jak nie zajmuję się muzyką, to na przykład jeżdżę na rowerze. Mam dużą damkę bez przerzutek, śmigam nią po Warszawie. Lubię też sztuki piękne. Nie stać mnie na udział w aukcjach, ale mam kilka obrazów Nowosielskiego, Młodożeńca. Każdy z nich ma swoją ścianę w naszym domu.

Mieszkasz i pracujesz z żoną Ewą pod jednym dachem. Są zgrzyty?
Nie ma, udaje nam się łączyć życie rodzinne z pracą. Do tego potrzeba dwojga mądrych ludzi, którzy nie tworzą „zaległości” między sobą. Jest przyjacielski dialog. Ewa, prowadzi jednoosobową agencję artystyczną, to full -time job. Oprócz organizacji naszych koncertów, promocji, kontaktu z mediami, czasem musi ściągać mnie z łóżka.

Znaczy, nudno nie jest.
Już na początku powiedzieliśmy sobie, że nudno nam razem nie będzie. Staramy się nie popełniać grzechu zaniechania, dbamy o szczegóły. Ewę kocham codziennie inaczej. To świetna dziewczyna, cudowny kompan podróży.

Dużo podróżujecie?
Głównie po Polsce. Od kilku lat nie mieliśmy wakacji. Prowadzenie ośmioosobowego Soyka Kolektyw wymaga planowania odpoczynku z rocznym wyprzedzeniem. Trudno wygospodarować kilka tygodni na podróż do Indii. Udaje nam się co najwyżej znaleźć parę dni na podróż do Lizbony, aby posłuchać fado. Albo jedziemy na Warmię lub do Puszczy Białowieskiej i też jest cudnie.
(S.S. patrzy w górę – red.) Widzisz te ptaki? Chyba jastrzębie. Zazdroszczę im.

Czego?
Bo robią to, co chcą.

A ty nie robisz tego, co chcesz?
Nie mogę latać. Ale Bóg dał mi wszystko o co prosiłem, miałem dużo szczęścia. Stronię więc od narzekania. Modlę się rzadko, ale jak już, to modlitwą dziękczynną.

Nie masz o co prosić?
Chciałbym jedynie tak długo, jak będę żył, móc tworzyć muzykę.

O płycie:
O płycie:
„Strug. Leśmian. Soyka” – dwie muzyczne osobowości plus genialna poezja. Płyta łączy fortepianowe opracowania Stanisława Soyki i hipnotyczny baryton autora piosenek, Adama Struga. Liryka Leśmiana zyskuje nowy wymiar, nie tracąc pierwotnej zmysłowości i ducha. – To płyta Adama, ja jedynie oprawiłem wiersze i melodie fortepianem, trochę dośpiewuję po góralsku – mówi Stanisław Soyka.
– Album jest niszową produkcją, wymagającą skupienia. Po raz pierwszy zaprezentowaliśmy go w majową noc w warszawskich Łazienkach. Trzy tysiące osób słuchało koncertu przez godzinę w pełnym skupieniu.

Rozmawiała: Karolina Bergman
Obrazy: Joanna Barchetto
„Są na tym świecie rzeczy”… wyjątkowe. I tam zrobiliśmy sesję – Glendoria