Miało być o moim sposobie na życie, które jest zrównoważone z pracą. O „homeworkingu”, a w moim wydaniu – „Campworkingu”, tak modnym dziś pojęciu. Ale felieton ten przyszło mi pisać w nietypowej sytuacji, więc pomyślcie, że wśród tego zamieszania jakie dzisiaj nam towarzyszy, „home” to nasza mazurska i warmińska przyroda, część piękna Ziemi, a „working” pośród jej spokoju poczytujmy jako dar i zaszczyt.

Przyjechałem tu z miłości. Tej ludzkiej i tej prastarej, odwiecznej do natury. Koło Dharmy rzuciło moje ciało w takie czasy, że miałem zaszczyt poznać świat bez internetu, lajków i smartfonów. Choć błyskawicznie i nie bez naiwnej, dziecięcej radości zaadoptowałem się do nowego, to moja dusza ciągle tęskni za tamtym. I co dusza wymusza, to posłuszne ciało, by wykonać to zadanie, w świat wyrusza. A skoro tego świata przysłowiowo sami nie zawrócimy, to jednak możemy go w sobie lepiej zintegrować i zasymilować, choć dookoła trudne czasy, niepokój i lęk. Ekonomiczny i egzystencjalny, by nie powiedzieć – wręcz metafizyczny. To jest dobry czas do przewartościowań. U mnie dokonały się one już kilka lat temu. Zdecydowałem się na wolny zawód, z wszelkimi konsekwencjami tej wolności. Bo, jak pisał kiedyś Erich Fromm, jest wolność „od” i wolność „do”. Tu, pośród jezior, można zaznać obydwu tych wolności, a nie zamykając drzwi do świata, lepiej z nim koegzystować. Korzystając z nowoczesnych technologii pracować bardziej organicznie, nie tłoczyć się w szklanych wieżowcach i motoryzacyjnych arteriach. Doświadczałem takiego świata, znam jego pociągające piękno i wszelkie wady. Ale odkąd zdecydowałem się na wolny zawód, nie zamieniłbym go już bez przymusu na ten sprzed lat.

Tu, na Warmii i Mazurach, pośród prastarych lasów, gdzie fale internetu wciąż przyćmiewane są delikatnymi falami błękitu wód, znajduję swoje miejsce do życia i pracy. W kempingowej przyczepie, z laptopem, inspirującą muzyką i ręcznikiem czekającym na ciepły, słoneczny dzień, by przerwę w pracy wykorzystać w toni jeziora. Nie każdy może zdecydować się na takie rozwiązanie, ale świat się dynamicznie zmienia. Spotykałem na lotniskach dosiadających się do siebie ludzi. Nie byli turystami, a współczesnymi architektami świata – informatykami, programistami, dizajnerami, stylistami, fotografami. Źle im w garniturach i szklano-betonowych strukturach biur. Czyż na Warmii i Mazurach nie mogłoby być ich miejsce? W świecie nowoczesnych technologii, nowatorskich rozwiązań i ekologicznego powiązania cywilizacji z przyrodą. Dzisiejszy kryzys, jak każdy inny, może być degradujący, ale też wykorzystany twórczo. Postarajmy się o ten drugi scenariusz.

Napotkany ostatnio przeze mnie – w przepisowej odległości – pan w lesie, zagaił mnie historią o japońskim naukowcu. Tym amerykańskim już nie wierzę, bo będąc na łańcuszku lobbystów, potrafią szybko zaprzeczyć własnym tezom. Ale dla japońskiego chętnie nadstawiam ucho. Otóż naukowiec twierdzi, że pośród lasów i puszczy wirusy czują się gorzej, bo naturalny, roślinny ekosystem niejako je „pożera”, nie dając środowiska do rozwijania się. Nawet jeśli to nie jest udowodniona teza, to pozostaje wierzyć, że sam fakt dobrego współżycia z przyrodą wzmacnia psychikę. A to ona dowodzi ciałem.

Zatem przybywajcie, wizjonerzy architekci, projektujcie pośród jezior szklane i drewniane biura mchem porosłe. Ściągajcie za sobą miejsca pracy i przestrzeń dla rozwoju młodych, inteligentnych i ciekawych świata, którzy stąd pochodzą. Nie niszcząc przyrody, zmieniajmy świat na jej wzór i podobieństwo, odwracając ten degradujący wektor zmian. Może wtedy staniemy się cywilizacją spokojniejszą, mniej agresywną, bardziej czułą i mniej podatną na wszelkie społeczne i organiczne wirusy.

Tekst i obraz: Jacek Gąsiorowski

Jacek Gąsiorowski

Zawodowy fotograf , który z uwiecznionych kadrów wydobywa też słowa pisząc teksty. Spod Warszawy przeniósł się na Warmię, by uprawiać wolny zawód z biurem w przyczepie kempingowej nad jeziorem. I przyznaje: chyba mi tu dobrze. gasiorowski.net