Obślizgły i powolny – taki jest stereotyp. Odżywczy i wartościowy – taka jest prawda. Dzięki ślimakom firma spod pasłęka stała się liderem na europejskim rynku. I wciąż odkrywa ich nowe możliwości, nie tylko dla kuchni, ale też dla… zdrowia i urody.

Kiedy zajeżdżamy na fermę w słoneczne południe, schowane w cieniu smacznie śpią. Wypełzną ze swoich domków wieczorem, kiedy temperatura opadnie, zapachnie karmą, a park hodowlany zrosi woda. Jeśli nic nie zmąci ciszy, słychać będzie delikatne mlaskanie przeżuwanych roślin. Choć ślimaki afrykańskie to istoty niezależne i zawsze gotowe do ucieczki, to łatwo nimi manipulować. Zimą wystarczy sztuczne światło, odpowiednia temperatura, wilgoć no i pyszne jedzonko na bazie zbóż. Dlatego, mimo że pochodzą z ciepłych krajów, świetnie mnożą się na Warmii i Mazurach. Lepiej niż tutejsze winniczki, które ciężko znoszą niewolę, a od dwóch lat są pod ścisłą ochroną.

– Od dzieciństwa hodowałem żółwie, gekony, udało mi się nawet rozmnożyć w domu węże – wspomina Grzegorz Skalmowski, założyciel firmy Snails Garden w Krasinie pod Pasłękiem. – 12 lat temu dostałem mięczaka w prezencie od przyjaciół i zacząłem odkrywać jego potencjał, naturę. Zbiegło się to z moimi poszukiwaniami pomysłu na biznes w naszym wiejskim gospodarstwie.

Pierwsze stado tysiąca ślimaków otrzymał od przetwórni pod Włocławkiem, która w prasie szukała chętnych do ich hodowli. On miał rozmnażać, oni skupować. Przystosował więc budynek gospodarczy do zimowej reprodukcji i wylęgu jaj, a pole zaadoptował na ogrodzone „siatką antyucieczkową” parki, gdzie ślimaki pasą się latem. Pojechał do Francji i zainspirował się technicznymi patentami tamtejszych ferm. Dzisiaj jego stado dwóch ślimaczych gatunków – szarego małego i szarego dużego – liczy 5 milionów osobników. Świeże, mrożone lub przetworzone na gotowe przekąski w puszkach i słoikach wyjeżdżają z fermy m.in. do Hiszpanii, Francji i Włoch.

– Tam od zawsze ceniony jest ten przysmak pełen wartości odżywczych, w Polsce dopiero zaczyna się rozwijać ślimaczy trend. A w zasadzie odradzać, bo już w XVII-wiecznej książce kucharskiej „Compendium Ferculorum” więcej jest potraw ze ślimaków niż z wieprzowiny, jadano je bowiem w poście – przytacza historię Mariola Skalmowska, prezes firmy.

W restauracji, którą hodowcy otworzą w Łodzi (mają tam już oddział firmy i sklep), znajdą się potrawy z mięczaków, inspirowane starymi recepturami. Będzie nawet deser – ślimaczy kawior na pierniku.
– Ślimak jest taki, że czym go przyprawimy, tym będzie smakował. A kto przełamie się i spróbuje – zazwyczaj jest zachwycony. Kilka lat temu podobnie było z owocami morza – dodaje.

Skalmowscy przyjmują gości w swoim warmińskim centrum dowodzenia – domku z gliny i drewna w kształcie… ogromnego ślimaka. To swoiste muzeum, pełne muszli i gadżetów w wiadomym kształcie. Można tu również przetestować kosmetyki uzyskiwane ze śluzu ślimaka – drugą, świetnie rozwijającą się działalność Snails Garden.
– Kilka lat temu zadzwonił do nas Belg z prośbą o dostarczanie dużej ilości ślimaczego śluzu – wspomina Mariola. – Pogrzebaliśmy w Internecie i okazało się, że skupują je tamtejsze firmy farmaceutyczne do produkcji ekstraktu wykorzystywanego w kosmetologii.

Przy pomocy grupy naukowców Skalmowscy opracowali własną metodę ręcznego pozyskiwania śluzu i wykorzystania go w kremach i serum. Bez użycia chemii i rozcieńczania. Czysty materiał, który regeneruje, odmładza, jest bakteriobójczy, goi trądzik. Cera Marioli to najlepsza reklama jej własnej marki kosmetyków podbijających zachodni rynek. Każde opakowanie opatrzone jest marszałkowskim certyfikatem „Produkt Warmii i Mazur” – jednym z wielu wyróżnień, jakie otrzymali za swoją działalność.

– Cała rodzina używa ślimaczych kosmetyków, ja stosuję krem po goleniu – przyznaje Grzegorz. – A w planach mamy m.in. produkcję peelingu z masy perłowej muszli i wartościowego śluzu w proszku. Cały czas odkrywamy nowe możliwości wykorzystania tych niezwykłych mięczaków.

Skalmowscy przyczynili się do rozwoju w Polsce helikultury, czyli nauki o hodowli ślimaków jadalnych. Snails Garden z udziałem firmy Wipasz opracował specjalną paszę, stał się największą w Europie fermą zarodową. Ślimaki-reproduktory, jajeczka i oseski trafiają do kontrahentów z całej Europy, chcących założyć własne hodowle. Grzegorz, który na bazie swoich doświadczeń wydał książkę, szkoli tych, którzy chcą pójść jego śladem.

– Ślimak nauczył nas cierpliwości i pokory, dzięki czemu staliśmy się liderami na rynku europejskim – przyznaje Grzegorz. – Staramy się zarażać innych naszą pasją i pomysłem na biznes. To wielka szansa dla lokalnych gospodarstw, niewymagająca prawie kapitału, wystarczy półhektarowy kawałek ziemi. Ślimak doceniany był już wieki temu, więc dlaczego miałby nie znaleźć swoich „pięciu minut” również teraz? Choć w jego mniemaniu będzie to pewnie cała wieczność…

Tekst: Beata Waś, Obraz: archiwum firmy

P.P.H.U Eko Snails Garden
Pasłęk, Krasin 16 A
www.snailsgarden.com