Są miejsca na mapie, z którymi nigdy się nie rozstaniesz, nigdy ich nie wymażesz i do których zawsze wrócisz. Jak Nidzica.

Jestem z Nidzicy. Tak jak Kaśka Dąbrowska, którą bez małomiasteczkowych kompleksów należy wstawić w poczet najbardziej utalentowanych artystów młodego pokolenia. Jak nie gra w teatrze, to gra w serialu. Jak nie ma zdjęć do serialu, to jest na planie filmowym (w tym roku dwie premiery). Albo na scenie, z której tym ochrypłym głosiskiem hipnotyzuje publikę. Prawie nie śpi, bo nie ma na to czasu.
Ale kiedy już go trochę odnajduje, nie kryje, że lubi wymknąć się w podnidzickie zacisze.

Jestem z Nidzicy. Tak jak Marcin Kaczkan. On z nas wszystkich nidziczan zaszedł najwyżej. W ubiegłe wakacje aż na 8611 metrów. Góra gór, jak mawiają o niej himalaiści. Kaczkan zdobył historyczne dla polskiego himalaizmu K2. Znamy się od wczesnej podstawówki, więc mam pewnie powód do napisania tego, że nie znam drugiego takiego, który o tak wielkich wyczynach opowiada – jeśli w ogóle zechce opowiadać – ledwie pół zdaniem. Bo nie widzi w tym nic wielkiego.
Kiedy w zacnym gronie świętowaliśmy w Nidzicy 20-lecie matury, Kaczkan zdobywał tego dnia Gaszerbrum.
Wypchnął nas w świat nidzicki ogólniak, zwany kiedyś – ze względu na solidne zasady – „klasztorem”. W nim zrodził się słynny w kraju konkurs piosenki francuskiej. To była Kaśki przepustka do zawodu.

Francuski od zawsze nieźle stoi w Nidzicy. Nie dalej jak 9 kwietnia, na Targach Motoryzacyjnych w Poznaniu przybiliśmy pionę z Jackiem Trojanowskim, naszym „ogólniakowym” nauczycielem od francuskiego, który od lat jest najwyżej postawionym Polakiem w polskim Citroenie. Wielki świat, a mnie zwyczajnie przy takich spotkaniach łechce ta lokalna duma.
Jestem z Nidzicy, tak jak młodszy o trzy miesiące Piotrek Jankowski, który mieszkał trzy bloki dalej. Jest jedną z ciekawszych twarzy polskiego teatru, pewnie szerzej znaną
z seriali. Wakacje mógłby zaliczać wszędzie, a wiem, że odwiedza jeziora pod Nidzicą. I wiem, że wpada tu do starych kumpli, by pośpiewać z kapelą, jak za dawnych lat w zespole „Dzieci Stalina”.

Kiedy Kuba Żulczyk wydaje swą kolejną powieść, to czytając z nim potem wywiady w ogólnopolskich gazetach kręci mnie jego „nidzickość”. A propos książek, to Monika Jaruzelska w jednej ze swoich ujawniła, że omal nie dopięła formalności w naszym urzędzie stanu cywilnego. Tego akurat nie wiedziałem, ale to, że połowa najważniejszych dygnitarzy zjeżdżała tu do swoich daczy, wiedzieliśmy wszyscy.

To jest ta nasza Nidzica. Miasto wyryte niczym tatuaż na najbardziej eksponowanym kawałku skóry twojego ciała. Dla turystów – pierwszy kontakt z Mazurami. Miał rację „Koza”, dawny kumpel z koszykarskiego parkietu (właśnie mi zdradził, że w lipcu Nidzicę odwiedzi w nowej hali koszykarski Camp z Marcinem Gortatem), który wymyślił miastu to krótkie i trafne hasło „Nidzica – 100 % Mazury”. Zawsze czułem podekscytowanie, kiedy przez moje miasto przelewała się rzeka turystów zmierzających nad jeziora. Przywozili do tego kameralnego luzu trochę wielkomiejskiego gwaru, obkupowali się na rynku i wdrapywali na zamkową górę. Pierwsza poważna fala to zawsze majówka. Pokażcie mi kogoś, kto choć raz nie przyjechał na domek na Mazury. Albo tego domku nie chciał tu mieć. Kogoś z Warszawy czy z Krakowa. Z gór i lub znad morza.

I druga fala – ostatni weekend czerwca. I tak przez całe wakacje – różne rejestracje. Nie znałem wtedy jeszcze terminu Cittaslow, ale żyjące swoim spokojnym rytmem niewielkie miasteczko to jest właśnie ten obrazek, który widzę od lat. Dzisiaj dowiaduję się, że przynależność do sieci miast pielęgnujących przyjazny dla mieszkańców styl życia wreszcie pomoże zmienić niewykorzystany potencjał rekreacyjny miasta – np. jeziorko, które dawniej było kąpieliskiem z łaźniami. Że wreszcie będzie tu i pięknie położony amfiteatr, z widokiem na podnóże zamku.

Naszym amfiteatrem zawsze był ten gotycki kolos. Z górującym nad miastem zamczyskiem Nidzica jest jak latarnia dla krajowej siódemki. Rycerskie Dni Nidzicy szczęśliwie okupują od kilku lat wczesnolipcowy termin, więc jeśli ktoś planuje wchłonąć przed wielką bitwą trochę grunwaldzkich klimatów, uwerturę tego wszystkiego ma tu w pigułce, włącznie z paleniem grodu.

Turystom zamek kojarzy się ze słynnymi tutaj walkami rycerskimi, imprezowiczom z biesiadami, melomanom z jazzem i konkursem piosenki francuskiej, jeszcze innym z Międzynarodowym Festiwalem Fantastyki, ale nam, nidziczanom, z miejscem spotkań wszystkich tych, którzy w jednym czasie potrafią zjechać się tu ze świata na przysłowiowego „browara”. Lada chwila własnego „browara” ma serwować Wytwórnia Win i Miodów Pitnych. To sąsiadka naszego „klasztoru”. Zaraz po zamku słynna winiarnia jest chyba najczęściej widniejącym miejscem na pamiątkowych pocztówkach z Nidzicy.

Tekst: Rafał Radzymiński, Obraz: Paweł Koziński

www.nidzica.pl