Od dawna korciło nas, by spojrzeć na Warmię i Mazury okiem najważniejszego gospodarza. Czy sprawy pozornie proste dla mieszkańca regionu, są jeszcze prostsze zza biurka marszałka województwa? Czy może odwrotnie. W którym roku jest myślami o regionie i czy jego dwa imiona mają jakieś znaczenie. Na wywiad, po niełatwym znalezieniu luki w jego wypchanym po brzegi kalendarzu, udało się spotkać w rodzinnej Ostródzie. Rzadko bez krawata i poza pracą, a jednak – Gustaw Marek Brzezin.

MADE IN: O co by pan chciał zapytać marszałka, gdyby tak na chwilę nasze role się zamieniły?

Gustaw Marek Brzezin: Problem, który mnie trapi od dłuższego czasu, to jak spowodować, by nasza młodzież zostawała w regionie, a nie migrowała w Polskę i za granicę. Bo dzisiaj taki jest trend, choć po kilku latach dorobku i złapaniu doświadczenia w świecie, część wraca tutaj. Ale ten ich najbardziej twórczy i inspirujący czas idzie, niestety, poza region. Młodzi skarżą się tu na brak korporacyjnego modelu pracy.

Pana córki udało się przytrzymać w regionie?

Jedną tak, jest po administracji. Ale druga, po technologii żywności, start w życie zawodowe zacznie poza regionem, choć w tym przypadku nie miejsce w kraju zadecydowało, a możliwości rozwoju.

Strategia rozwoju województwa przeanalizowała zapewne, jak zmieniają się młodzi, ich styl życia i jak przygotować region pod nowe zawody, które wykonują. A one właśnie sprzyjają pracy poza aglomeracją, w zaciszu miasteczek, w tzw. chilloucie. Więc zachęt nie brakuje.

Tak, chodzi tu generalnie o obszar „okołopracowy”, by można było dobrze żyć. A nasza strategia ma właśnie swoje hasło: region, w którym warto żyć. I według mnie wiele większych miast w regionie oferuje już sporo: infrastrukturę, wypoczynek, kulturę. Jeśli młodej rodzinie zapewni się jeszcze dobrą ofertę edukacji dla ich dzieci, można przyjemnie żyć. Naszemu regionowi potrzeba jeszcze strategicznych inwestorów, właśnie tej korporacyjności i marek nieszkodzących środowisku, które widziałyby tu swoje filie. Dla branży IT mamy tutaj najdoskonalsze warunki. Któż nie chciałby pracować w tak pięknym otoczeniu przyrody. Problem tkwi w tym, że ta korporacyjność musi być zidentyfikowana i zlokalizowana. O to zabiegamy. Wtedy i więcej naszych zostanie, i ściągną tu inni.

Zaprosiliśmy gospodarza regionu na wywiad o Warmii i Mazurach, by nakreślił nam jego przyszłość. Mamy lato 2019. Pana wizja i wyobrażenie o regionie do którego roku wybiega i jaki to region?

Moja przestrzeń to już okres 2025–2030. Najważniejsze, że odradza się nam gospodarka. Mamy trzy inteligentne specjalizacje, czyli branże związane z wodą, przemysłem drzewnym oraz zdrową żywnością. Jeśli dojdzie czwarta, to musi mieć ona za sobą wachlarz przedsiębiorstw, które pobiorą środki przeznaczone na jej rozwój. A myślę tu o wspomnianej IT. Żeby tak było, potrzeba nam młodej i wykształconej kadry IT. Właśnie tej młodzieży, o której mówiliśmy.

Powinniśmy się też otrząsnąć i przestać narzekać. Młode pokolenie nie ma porównania, ale moje doskonale pamięta, jak tu było, a jak jest teraz. Owszem, niedosyt wciąż jest, ale skala postępu jest niebywała.

A to, jak ten region rozkwita, nie zależy od marszałka ani urzędników. To stworzyli ci, którzy są beneficjentami wszystkich programów pomocowych, wzięli kredyty, uruchomili firmy, hotele i pozatrudniali ludzi, dając im szansę na rozwój. Kiedy przyjeżdżają do nas unijni komisarze, a często są to postacie, które znają nasz region od lat, to sami nieraz podkreślają, że czują zazdrość, jak my potrafimy ten region zmienić, wykorzystując właśnie możliwości wsparcia. Opinię mamy świetną i dobry czas do dalszego rozwoju. Tylko nie politykujmy. Więc jeśli dobrze przygotujemy się do następnego okresu programowania i dobrze wynegocjujemy pieniądze…

… a od czego zależy efekt negocjacji?

Musimy udowodnić w naszej strategii, że jeśli będziemy mieli wsparcie z Unii na taki i taki proces, to ruszymy z rozwojem dalej. Ale to trzeba mieć potwierdzone i udokumentowane w analizie. Na same piękne oczy, czytaj: piękne Warmię i Mazury, nic nie dają. Musimy logicznie argumentować, dlaczego warto zainwestować właśnie tutaj. Sama turystyka i rolnictwo nie zapewnią nam bytu przez cały rok. Trzeba się oprzeć na kilku wspomagających sektorach.

Najgorętszy ostatnio temat z Mazur to…

…pewnie o „szesnastkę” pytacie. Podchodzę do tematu bez emocji, czysto pragmatycznie. Co do tego, że trzeba mieć sprawną sieć komunikacyjną, nie ma dyskusji. To nasze być albo nie być. Problemy zaczynają się blisko podwórka, bo owa droga zawsze komuś, prywatnie czy lokalnemu samorządowi, coś zmieni: zniszczy albo zamknie biznes. Choć mnie fascynują drogi, gdzieś w świecie, które można podziwiać w internecie, przez morze, góry, nad przepaściami, które jednak nic złego nie wyrządziły. Zachód województwa jest już przyzwoicie doinwestowany drogowo, ale wschód ciągle jest wykluczony. Dojeżdża się tam długo. I nie ma rady: kompromisowe rozwiązanie trzeba znaleźć.

Zostając na Mazurach. Turystyczne miasteczka zaczynają być porównywane do kurortów nadmorskich, ale niestety w kontekście kolorowych straganów z chińszczyzną, nieuregulowaną architekturą, jarmarkami różności i zapachem keczupu z budek z zapiekankami. Jak sprawić, by zachowując tożsamość miasteczek, zarabiać na transferze turystycznym?

Niestety, rządzi biznes. A jeśli mamy turystykę rodzinną, to najlepszy biznes jest oczywiście na dzieciach: stragany, wata cukrowa i dmuchańce. Gmina się cieszy, bo patrzy na wpływy z podatków. Ale dobrze byłoby mądrze wydzielać urbanistycznie strefy takich miejsc, np. z dala od skwerów, deptaków czy plaż.

A nie drażni pana nieład architektoniczny na warmińskiej i mazurskiej prowincji? Oszpecone dobudówkami piękne domy z czerwonej cegły albo pobudowane domki z kolumnami.

Drażni, ale niestety, każdy chce mieć swój dworek. Miejscowe prawo tworzy się w gminach, a wojewódzkie to tylko rama przyzwoitości, i dobrze jeśli wszystko jakoś się w te ramy mieści. A jest takie powiedzenie, że wójt na zagrodzie równy wojewodzie. Przecież można i współczesne szkło dociążyć elementami drewna, kamieniami, cegłą, dwuspadowym dachem i pięknie wkomponować się w teren. Dobrym przykładem jest hotel Dr Irena Eris na Wzgórzach Dylewskich w otulinie parku krajobrazowego, który architektonicznie nawiązuje do tradycji budownictwa regionalnego czy terminal naszego lotniska w Szymanach.

Ponoć pan też odtwarza jakieś stare siedlisko mazurskie.

Mogę nawet pokazać na komórce (widzimy klasyczną mazurską zabudowę z niskim domem i stodołą). To siedlisko po rodzicach. Tam odpoczywam, najlepiej przy pracy fizycznej, ale takiej twórczej, która oczywiście wychodzi mi.

A która wychodzi?

Murarka mi wychodzi. Np. ten ganek (pokazuje na zdjęciu) przebudowałem samodzielnie. Właśnie z czerwonej cegły i drewna. Jak się ma zapał, ale i wkłada serce, to wychodzi. Chciałbym tam kiedyś zamieszkać. Tata mieszkał tu do 92. roku życia. Był agronomem, zaangażowany w region, pisał publikacje, znał niemiecki, rosyjski, litewski. Zdolny człowiek, z przedwojennym inżynierskim wykształceniem.

Co pan przejął po ojcu?

Zdolności komunikacyjne. Ale na pewno nie pióro. Ojciec dobrze pisał. W tamtych czasach był bezpartyjny, ale bardzo szanowany, bo miał wiedzę.

Gustaw to imię po ojcu. A drugie?

Gustaw to też mój wuj, starosta rohatyński, doktor prawa i bardzo szanowana postać. Do tego piłsudczyk i legionista. To po nim ojciec miał imię Gustaw. Ja z kolei po ojcu miałem mieć Gustaw jako drugie, a na pierwsze Marek. Ale jak ojciec szedł mnie rejestrować, to jednak zmienił kolejność i jestem Gustaw Marek, choć w szkole i dzisiaj dla znajomych jestem Markiem. Zresztą ja kiedyś używałem tylko imienia Marek, ale kiedy zostałem wójtem gminy Ostróda, to ojciec, który jeszcze przez długie lata udzielał się pisarsko, podpisywał się pod swoimi publikacjami Gustaw Brzezin. Więc żeby ludzie nie mylili nas, to na pieczątce służbowej wyrobiłem sobie Gustaw Marek Brzezin, bo był taki okres, że ludzie omyłkowo mnie chwalili: panie wójcie, ale pan ładny artykuł napisał.

Które to lata?

Wójtem zostałem w 1998 roku. Wcześniej w Zespole Szkół Rolniczych byłem kierownikiem szkolenia praktycznego. Jak się później okazało, nasza szkoła była kuźnią kadr samorządowych.

Ojciec, jako aktywny społecznik, dopingował mnie, a na jakimś etapie odkryłem nawet, że zbierał o mnie wycinki z gazet. 

On był bezpartyjny, a pan dość szybko wszedł do polityki.

Bezpartyjny, choć w mocnej kontrze do PZPR. Pamiętam, że oficer polityczny w jednostce, w której służyłem, przeprowadzał z nami rozmowy, proponując zasilenie kadry PZPR. Powiedziałem mu, że jestem wykształcenia rolniczego, związany z wsią, pracuję w szkole rolniczej i że zadeklarowałem już pracę polityczną w ruchu ludowym, co akurat zmyśliłem. A on na to: „no, w zasadzie jak już tacy jesteście, to możecie się w tym kierunku rozwijać”. I dał mi już spokój.

Z kolei PSL było wtedy na etapie szukania nowych, młodych ludzi. I zostałem wybrany na szefa zarządu miejsko-gminnego w Ostródzie, którym zostałem na 10 lat. Sam byłem jeszcze przed trzydziestką.

Jak daleko chciałby pan dzisiaj wejść do polityki? Samorządowcy zwykle marzą o pozostaniu parlamentarzystami.

Do emerytury na pewno chciałbym spełniać się samorządowo. Polityka parlamentarna, szczególnie co do stylu i metod działania, w ostatnich latach mocno się odmieniła i ta obecna formuła nie za bardzo mi odpowiada. Nie identyfikuję się z tym – trzeba to zmienić.

Trudno nam było znaleźć w pana kalendarzu lukę na wywiad. Czy samorządowiec najwyższego szczebla ma w ogóle wakacje i urlop?

Trzeba mieć świadomość, że idąc do samorządu, swobodne życie prywatne trzeba mocno ograniczyć i dostosować je do misji. To nie jest zwykły zawód, a służenie i kontrakt ze społeczeństwem.

Ile pracuje pan na dobę?

Nie zliczam, ale na pewno nie mniej niż 12 godzin. A najintensywniej jest w weekendy, kiedy najwięcej się dzieje i wypada być na wielu ważnych wydarzeniach i spotkać się z ludźmi. Więc jest to praca od poniedziałku do poniedziałku. Zatem żeby funkcja samorządowca nie była dla kogoś rozczarowaniem, musi po prostu wiedzieć, że tak właśnie jest. Trzeba być zahartowanym i psychicznie, i fizycznie.

Łapie się wiatr w żagle, jeśli pracuje się w progresie. Ale kiedy przyjdzie seria zachwiań, robi się bardzo trudno. Mówię tu np. o zawiłych procedurach, przepisach, które zwyczajnie trzeba wytrwać, i o poruszaniu się w całej tej rozbudowanej administracji, która liczy około tysiąca osób i zawsze się może zdarzyć, że ktoś z czymś zwyczajnie „nawalił”. To powoduje frustrację. No i do tego nieprzerwany ciąg wyborów – wszyscy samorządowcy są w ciągłej kampanii. Z tym też nie jest łatwo. Kiedy np. wdrażamy środki unijne tak, że wszystko realizowane jest z godnie z planem i nie zostajemy w tyle, a ktoś chlapnie do mediów, że region leży i traci pieniądze, bo komuś właśnie włączyła się kampania, to jest to deprymujące i wybija z rytmu. Ale trzeba się nauczyć tej odporności na to, bo przysłowiowe szydło zawsze wyjdzie z worka.

W gorszych chwilach czymś się pan wspiera, motywuje?

Bywają pomocne lektury i przykłady, ale najważniejsze i najefektywniejsze w rozwiązywaniu problemów są jednak własne doświadczenia.

Jest też wiele szkół, które uczą pewnych zachowań, komunikacji, udzielania wywiadów i umiem nawet wytypować, kto czego się w tym zakresie wyuczył.

Pan pobierał szkolenia?

(śmiech) Nie. Powiem żartobliwie w nawiązaniu do poprzednich wątków: nie miałem czasu.

Pytamy, bo akurat marszałka widujemy na wielu konferencjach, galach, sympozjach, otwarciach przeróżnych wydarzeń i na każdym wychodzi marszałek, który potrafi ze sceny przykuć uwagę słuchaczy.

Komunikacja jest istotna, bo jak cię widzą, tak cię piszą. Ta publiczna strona funkcji marszałka, owszem, jest łatwiejsza, ale niekiedy jest się na tyle przemęczonym, że bardzo łatwo się „potknąć”. Bo w tym natłoku pracy, rozbieżnych problemów i ciągłej gonitwie do przodu – proszę się nie śmiać – ale trzeba być czujnym, żeby zwyczajnie nie pomylić imprez. Czuwa nad tym cały Gabinet Marszałka, więc zawsze w drodze na wydarzenie mam chwilę na zapoznanie się z przygotowanym opisem i charakterem wydarzenia, ale sens wystąpienia trzeba już wykreować samemu. Dla żartu już dodam, że byłem kiedyś na wystąpieniu święta wojskowego, na którym trzech generałów miało przygotowane niemal to samo przemówienie.

Czuje pan stres, kiedy wchodzi na scenę przy wielkim audytorium?

Zawsze czuję i uważam, że on musi być, bo wzmaga myślenie, a myślenie musi wyprzedzać mowę.

To ważne, bo często ludzie budują obraz marszałka właśnie na podstawie tego kilkuminutowego wystąpienia. A jak wygląda przykładowy dzień marszałka? 

Wstaję o 5.30. Pracę zaczynam w zasadzie już w samochodzie – to siłą rzeczy mój ważny warsztat aktywności: dużo rozmów telefonicznych, podpisywanie dokumentów. Współpracownicy wiedzą, że to dobry czas na rozmowy, bo podczas jazdy jestem do ich dyspozycji. Ale i tak rozmawiamy żołnierskim rytmem, konkretnie, bez marnowania czasu. W urzędzie już czekają osoby umówione na spotkania, albo ja mam spotkania na zewnątrz, np. na uniwersytecie, z prezydentem czy na naszych konferencjach. Do tego komunikacja z podległymi mi departamentami, a to czasem dziesiątki różnych problemów do rozwiązania. No i mamy już godzinę 15–16.

Obiad już był?

W urzędzie marszałkowskim nauczyłem się właśnie jeść, bo za czasów wójta nie jadłem. (śmiech)

A nauczyłem się, kiedy byłem wicemarszałkiem i sekretarka właśnie około godz. 13–14 zaglądała do gabinetu, sugerując, że o tej porze marszałkowie zwykle jadają lunch. Więc korzystam z naszego bufetu. A w zasadzie z uprzejmości pań, które przynoszą mi posiłek, a ja poluję wtedy na jakieś 10–15 minut wolnego, by zjeść. Teraz rozumiem, że tak trzeba, by zwyczajnie organizm się nie zbuntował.

Każdego dnia przynajmniej dwie godziny poświęcam na podpisywanie dokumentów. Każdy trzeba przeczytać, przeanalizować, by wiedzieć, gdzie to przetworzyć i mieć analizę całego procesu.

Więc kiedy około godz. 18 można byłoby się zbierać, dostaję kolejną porcję dokumentacji. I tak, z dwiema teczkami wracam do domu. A tam mam drugi gabinet marszałka, gdzie po krótkim odpoczynku też pracuję, bywa czasem, że do późnych godzin nocnych.

No i w międzyczasie jest dużo wyjazdów służbowych, również zagranicznych – jak te regularne do Brukseli, gdzie już ponad trzy lata pracuję w Europejskim Komitecie Regionów. Więc jest to poniekąd walka z czasem. Jeśli mówi się w firmach i fabrykach o ergonomii czasu, to tutaj potrzeba jej na wybitnym poziomie.

Najcenniejsze cechy, które przydadzą się każdemu samorządowcowi, to… 

Służebność, bo samorząd to kontaktowość i otwartość do ludzi. Na pewno nie można unikać problemów, bo one tylko kumulują się. Nie można być porywczym i pochopnym, a umieć opanowywać zaskoczenie, nawet zdetonować je wewnętrznie. W samorządzie czasem jedna godzina potrafi przynieść sporo rozwiązań, a dzień to już jest diametralnie inna sytuacja. Trzeba więc cierpliwości i analitycznego podejścia.

Opuszczamy urząd. Ponoć w garażu ma pan zabytkową Wołgę.

Każde pokolenie sięga do czasów młodości i sentymentów. Chodziło mi po głowie kupno dużego Fiata, ale trafiła mi się Wołga. Wypatrzyłem ją w Wilnie. Jako wójt współpracowałem z rejonem Silute i na którymś ze spotkań wspomniałem, że interesuję się starymi samochodami. Podali mi kilka adresów. Pojechałem pod jeden: stuningowana Wołga, więc nie interesowała mnie. Ale druga – już oryginał. Syn sprzedawał ją po ojcu, a za pieniądze chciał postawić mu pomnik. Przyjechała na kołach i teraz jest w zasadzie w pełni odrestaurowana. No i mam jeszcze GAZ-a 69.

Ale Wołgą to marszałek zajechałby pod urząd z fasonem.

Wyobrażam sobie. Do Ostródy przyjeżdżałem nią gościnnie, ale do pracy do Olsztyna? Boję się o jakiś niewypał techniczny i sytuacji, że nie dojadę na czas, bo trzeba będzie mnie holować.

To prawda, że trenował pan kiedyś judo?

Na studiach należałem do sekcji judo. Karate okazało się dla mnie zbyt agresywne, a judo to sport walki wykorzystujący siłę przeciwnika. Miałem kilka różnych epizodów w życiu, w Technikum Rolniczym w Dobrocinie grałem nawet w orkiestrze dętej.

O, panie marszałku, nasza Niunia wstała (nasz redakcyjny pies – red.).

Czyli to wasz zegar? Kończymy?

Nie zegar, ale i tak rozgadaliśmy się. A pan ma psa?

Dwa: beagle’a i bernardyna.

(uparcie brzęczy wyciszony telefon marszałka) Ile czasu najdłużej był pan bez telefonu służbowego?

Nie ma takiej możliwości.

Rozmawiali: Rafał Radzymiński i Michał Bartoszewicz
Obraz: Kuba Chmielewski

Podziękowania dla dyrekcji hotelu Willa Port Art & Business
w Ostródzie za pomoc w realizacji wywiadu.