Nawilżane chusteczki oshibori do mycia rąk przestali już podawać przed posiłkiem, bo wielu klientów próbowało je kosztować. restauracja Yoko otworzyła olsztynian na inne smaki i zwyczaje.

Japończycy mawiają, że metalu używa się tylko do produkcji broni. Dlatego w restauracji Yoko sztućców do sushi nie podają. Jak ktoś nie ma wprawy w jedzeniu drewnianymi pałeczkami, kelner bierze kawałek papieru, gumkę recepturkę i z pałeczek tworzy szczypce – a z tymi już nie sposób sobie nie poradzić. Od siedmiu lat restauracja Yoko oswaja mieszkańców z dalekowschodnią kuchnią i zwyczajami. Ekskluzywny zestaw z szampanem dom Pérignon, homarami, krewetkami i mulami za prawie 2 tys. zł sprzedał się co prawda tylko raz, ale owoce morza mają w Olsztynie swoich stałych zwolenników. Trzy razy w tygodniu z Gdańska przyjeżdża łosoś, tuńczyk, halibut, przegrzebki i małże. No i worki z ryżem, tempurą, glonami oraz sos sojowy. Jak nie spełniają wymogów, szef zmiany odsyła je z powrotem do portu. Bo wychodzą tu z założenia, że lepsze uboższe menu niż zaniżona jakość. W kuchni brak mikrofalówki, gotowych mieszanek przypraw czy mrożonek. No, może poza poziomkami z warmińskich lasów, kupowanymi hurtowo latem. Podawane na deser z gorącą, białą czekoladą przypominają zimą smak wakacji.

– Jesteśmy w stanie przygotować klientowi każde danie: od schabowego, przez placek po węgiersku, czeskie knedliki, aż po homara – zapewnia Artur Kwapiński, właściciel restauracji. – Ale potrzebujemy kilkudziesięciu minut, bo każdy etap posiłku to sięganie do świeżych zasobów i misterna praca. Nie ma ściemy, wszystko powstaje na oczach klienta. A po nasze sosy, które stały się wizytówką Yoko, przychodzi nawet konkurencja.

Od południa w Yoko rozdzwania się telefon. Dania na dowóz, które tu powstają, to szerokie spektrum kulinarne: od typowo polskich posiłków regeneracyjnych ze schabowym w roli głównej, przez luksusowe, hollywoodzkie cateringi „na jeden kęs” na bazie mięs i ryb, zestawy sushi, po dania wigilijne.

– Doświadczenie na rynku nauczyło nas elastyczności – twierdzi Piotr Narel, sushi master i szef kuchni z 18-letnim doświadczeniem. – Bawimy się i pasjonujemy kuchnią ze wszystkich stron świata, chociaż wyspecjalizowaliśmy się w tej dalekowschodniej. Ale ona też różni się od oryginału, bo żaden Polak prawdziwego sushi z małą ilością składników i dużą dozą octu ryżowego nie przełknąłby.

Piotr i reszta pracowników Yoko doszli do takiej wprawy w skręcaniu sushi, że 84-elementowy różnorodny zestaw z ryżu, glonów, ryb i warzyw, są w stanie przygotować w pojedynkę w 30 minut. Plus dowóz – 10 minut.
Ale słyną nie tylko z tego. Jedno z najdroższych dań w menu, podawanych tylko w restauracji, to stek z polędwicy wołowej, znany wśród lokalnych koneserów.

Do przygotowania tego dania zużywają lampkę portugalskiego wina Porto. I nie było jeszcze klienta, który by wyszedł niezadowolony z wydanych pieniędzy.
– Nie oszczędzamy na potrawach i dodatkach – zapewnia Artur. – Lata doświadczenia na rynku przekonały nas, że to jakość, a nie cena, jest najważniejsza. Przecieraliśmy w Olsztynie szlaki z dalekowschodnią kuchnią i ryżowym winem sake. I nieskromnie powiem, że konkurencja smakowo wciąż pozostaje w tyle. Niedawno kolega z Warszawy mówił mi o pewnym japońskim biznesmenie, bywającym w Polsce. Słyszał, jak wspominał w stolicy pewną restaurację z Olsztyna, która przypomniała mu smak jego rodzimej kuchni. To chyba najlepsza rekomendacja, jaką otrzymaliśmy do tej pory.

Tekst: Beata Waś, Obraz: Artur Kwapiński