Toyota wprowadziła na tor wyścigowy hybrydy. My też.

Na tegoroczny 24-godzinny wyścig LeMans Audi zbroi się jak nigdy przedtem. Nic dziwnego. Brylujący od 14 sezonów zespół musiał się sporo napocić, kiedy 23 czerwca 2013 roku, po 4750 km morderczego wyścigu, druga na mecie zameldowała się hybrydowa Toyota TS 030. Ze stratą minuta i 34 sekundy. Żarty się skończyły.

Powrotem Toyoty do motorsportu żaden rywal nie jest pocieszony. Koncern zakneblował też usta wszystkim tym niedowiarkom, którzy napęd hybrydowy najchętniej widzieliby w meleksie poruszającym się po polu golfowym. Największy na świecie producent samochodów, również największy tych hybrydowych, wystawił swój napęd na najcięższy poligon doświadczalny jakim jest wyścig we francuskim LeMans. Skoro przyszło nam śledzić tegoroczne wyczyny unowocześnionego bolidu TS 040, my wyprowadziliśmy na spacer nasze cywilne pupilki. To jak niewinne dzieciątka tych „lemansowych” potworów. Niemal trojaczki. Dlatego pierwszy raz w życiu obejrzały wyścigowy klimat. Hybrydowymi modelami Toyoty: Yaris, Auris i Prius, wjechaliśmy na olsztyński Tor Kormoran. Nie urządziliśmy im jatki na 300-metrowej nitce, ale nietrudno zgadnąć, że miejski Yaris ograłby tu większych braci swoją zwinnością w tych ciasnych zakrętach.
Pierwsze hybrydy Toyoty ze sportem nie miały prawa kojarzyć się w ogóle. Możliwości wynikające z połączenia relatywnie niewielkiego silnika spalinowego i wspomagającego go silnika elektrycznego pokazał dopiero Lexus, czyli luksusowy odłam Toyoty. Pamiętam pierwsze jazdy modelem GS 400h, który torpedował niczym zerwany z cum odrzutowiec na pasie lotniskowca. Ale ta technologia tak samo rodziła zachwyt, jak i wątpliwości. Sceptycy spekulowali, czy aby na pewno nie zepsuje się dzień po gwarancji. Otóż dzisiaj, po 16 latach, już wiadomo, że odsetek usterek w hybrydach jest niższy niż u konwencjonalnych Toyot. A i ten leży przecież niedaleko takich wartości, o których księgowi mówią: błąd statystyczny.

Hybrydę trzeba opanować odpowiednim stylem jazdy, by odwdzięczyła nam się spalaniem na poziomie czterech litrów. 4,3 na setkę to mój wynik z kręcenia się po mieście i to w 13-stopniowym  mrozie. Chyba nieźle. Tyle wycisnąłem z Priusa. Ale to była jazda o tyle męcząca, że stale wymagająca pilnowania prawej stopy. Dlatego dalszą część dnia odbiłem sobie zabawą. Hulałem niczym nastolatek, który wczoraj odebrał prawo jazdy, a dzisiaj ojcu kluczyki. Spod świateł? Zgadliście – zawsze pierwszy. Co mocniejsze wozy brałem dzięki refleksowi. A to wciąż tylko 136 koni sumarycznej mocy z połączonych dwóch silników. Ale siłę ciągu hybryda czerpie też z tego elektrycznego, który potężny moment dostarcza już od chwili puszczenia hamulca. No i po takiej zabawie spalanie wywindowałem do 9,6 na setkę. Gdyby dla kogoś było to za dużo, ostatnie dwa kilometry można wrócić do domu potulnie jak baranek, bez kropli spalonej benzyny. Przełączasz pstryczkiem na tryb EV i jedziesz już tylko na silniku elektrycznym. Bezszelestnie. Dlatego uważajcie, by jakiś roztargniony pieszy nie wszedł wam pod koła.

Resztę o hybrydzie doczytacie w instrukcji obsługi. Ma ponad 600 stron, czyli niemal tyle co biografia Steve”™a Jobsa. Kolejny maniak technologii jutra.

Tekst: Rafał Radzymiński
Obraz: Joanna Barchetto