W podstawówce jego koledzy mawiali: Jezu! Jak ja bym umiał tak rysować, to bym rysował gołe baby.

Gach. Jarek Gach. Jargach – to mail. Nazwisko jakby w sam raz dla kobiet. Jego koleżanki żartują przy mężach, że mają własnego Gacha.
Ale to Warmia ma swojego Gacha. Faceta, który żyje w lesie i buduje gliniany dom. I stąd wysyła w świat rysunki do komiksów. W środowisku piszą niekiedy o jego „mistrzowskiej kresce”, choć on sam z tym środowiskiem nie ma zbyt silnych więzi. Zdaje sobie sprawę, że gdyby był większym ekstawertykiem, byłoby mu w życiu łatwiej. Zawodowo i finansowo. Ale nie potrafi zabiegać o uwagę. – Musi to za mnie zrobić moja robota – dostaję od Jarka pierwszą lekcję marketingu.
Siedzimy na drewnianej ławce przed jego domem. Jest letni skwar. Fotografka dała nura na hamak. On, w rozpiętej koszuli i boso. Właśnie nabija fajkę z surowej gliny. Sam je robi. Podpala i zaciąga się. Wokół dzicz. Dzika dzicz. W głębi widać dom najbliższego sąsiada. Leniwie przechadza się Fela i Szasta, dwa czarne psy. Żyją w symbiozie z Różą, Skarpetą i Pyszczkiem. To z kolei koty. Żona i córka wyjechały, więc odnoszę wrażenie, że na planecie, na której wylądowałem, istnieje tylko nasza trójka.

Trochę o Gachu.
Chyba bardziej niż ta jego kreska, zaczyna fascynować mnie jego życiowy dekalog. Bo ta kreska nie wzięła się z liceum plastycznego. Ta kreska to jak kreska wytyczająca horyzont, którym Gach oddziela to, co wypada, od tego, czego nie wypada. Zdarza się, że kiedy dzwoni do niego poważna agencja reklamowa ze zleceniem, facet odrzuca robotę, jeśli tylko uzna, że miałby zrobić reklamę, która potem zrobi ludziom wodę z mózgu. – Czasami rzucam jakąś abstrakcyjną kwotę lub po prostu mówię, że nie mam czasu. Bo jak wytłumaczyć, że czym bardziej robisz coś wbrew sobie, tym bardziej potem cierpisz i masz żal do samego siebie – zaciąga się fajką i w międzyczasie żongluje tą swoją dewizą. – Staliśmy się niewolnikami konsumpcji, choć właśnie uwierzyliśmy, że ona dała nam wolność.
Trochę o miejscu wokół Gacha.
– Zakombinowałem rzeczywistość. Stworzyłem w miarę zdrowe środowisko do życia – mówi o tym wszystkim, co ogarniam wzrokiem. Tę wieczną budowę, rakietowy piec, glinianą posadzkę, dół, z którego wygrzebuje glinę do pracy. I nigdy nie koszoną zieleń. – Moje dziecko nie zna sztucznych granic. Znika z psami w lesie z jednej strony, by zaraz wynurzyć się z krzaków z drugiej. Może dzięki temu nauczy się świadomie nie przekraczać tych granic, których przekraczać się nie powinno?

Trochę wstecz.
W piątej klasie podstawówki narysował pierwszy erotyczny komiks. Zasadniczo wolał rysować Indian, ale kiedy chłopaki podłapali jego talent, oczywiście chcieli by rysował im co innego. Jeden przez drugiego: Jezu! Jak ja bym umiał tak rysować, to bym rysował same gołe baby.
Indianie wciąż wygrywali z „gołymi babami”. Rysował ich prawie od kołyski. W lidzbarskiej bibliotece miejskiej wyczytał o nich wszystko, co biblioteka oferowała.

Przełomowy rysunek z przedszkola pamięta do dzisiaj: scena z westernu „Złamana strzała” – tyłem siedzą Apacze, a przed nimi wódz, który mówi, że jeżeli stawią opór najeźdźcy każdy z osobna, to będą jak jedna strzała, którą przełamał, a jak zjednoczą się wszyscy, to będą jak pęk strzał – nie do złamania.
Zawodowy drogowskaz na życie podsunęła mu starsza siostra Ela. A w zasadzie wcisnęła do ręki. Kiedy wrócił z biwaku gdzieś u progu podstawówki, stanął przed zadaniem: ma zdawać do liceum plastycznego. Na egzamin poszedł z pożyczonymi farbami i pędzlami. W czwartej klasie z powodów absencji zawieszono go w prawach ucznia – bo zaczął dorabiać wyklejając szyldy.

Na pierwszym komiksie zarobił 20 lat temu. Też był o Indianach, bo zlecenie od wydawnictwa dostał… na zlocie Indian. – Poznałem tam nieżyjącego już Stanisława Supłatowicza Sat-Okha, starego marynarza, syna Polki i indiańskiego wodza, a przede wszystkim pisarza, na którego książkach się wychowałem. To on zaproponował mi ilustrowanie jego książek, a jego wydawca – narysowanie komiksu.

Nawet kiedy rozmawiamy, w tle ciągle słychać prymitywne, etniczne rytmy. Parę dni trawiłem to spotkanie, nim wreszcie siadłem do pisania. Jest grubo po północy. Dla towarzystwa puściłem tę mroczną muzykę Erica Serry z „Leona zawodowca”. Gach to też zawodowiec. Dajcie mu tylko kartkę i ołówek.
Kilka lat temu odpowiedział na ogłoszenie holenderskiego wydawcy komiksów erotycznych. – Jednak z odcinka na odcinek tak zjeżdżali z ambicji, że musiałem im podziękować. Wolę zatrudnić się na budowie i robić coś, z czego jest jakiś pożytek, niż rysować to, czego miałbym się potem wstydzić.

Co chciałby narysować? – Chodzi mi po głowie komiks z takim memem myślowym, który wyleczy ludzi z ich szaleństwa. Obudzą się i dostrzegą, że ten świat jest już doskonały i że nie opuściliśmy Raju, tylko go zniszczyliśmy – powiedział to z wyczuwalnym marzeniem w głosie. – Ale myślę, że do tego potrzebujemy poznać siebie samego, usłyszeć, co nam w dzikiej duszy gra. A jeszcze wcześniej powinna zapanować w nas cisza – o nią w dzisiejszym świecie najtrudniej, a bez niej dalej będziemy jak obłąkani ślepcy w składzie bezcennej porcelany.

Czego nie dokończył rysować? Nie zliczy. Nie tak dawno Marek Kamiński zlecił mu zrobienie podróżniczego komiksu do scenariusza Tobiasza Piątkowskiego, by wysondować, czy rynek się nim zainteresuje. Przegrał z grami 3D i do drugiego komiksu powstała już tylko okładka. Miał tytuł „Razem na bieguny” i byłby opowieścią o wyprawie na biegun Kamińskiego z Jankiem Melą. – A szkoda, ta wyprawa pokazała, że nawet straciwszy nogę i rękę można dokonać rzeczy, o których większości zdrowych ludzi się nawet nie śniło. Że naszym największym wrogiem jest nasze wadliwe oprogramowanie w głowach – zaznacza.

Co rysuje teraz? Dla Muzeum Warmii i Mazur multimedialny przewodnik po zamku. Rysunki ukazujące jak faktycznie wyglądał zamek w średniowieczu.
Na pewno go na czymś złapię: że po kilku miesiącach pracy nad komiksem czuje znużenie. Wybrnął prosto: – Żeby uniknąć tej pułapki, nie powinno się robić rzeczy, których się nie czuje. Inaczej nie da się zrobić dobrego rysunku.

Tekst: Rafał Radzymiński
Obrazy: Joanna Barchetto