Nie Paryż, nie Lizbona, nie Warszawa, a niewielkie Pacółtowo na Mazurach.
Tu sprowadziła się ze swoimi końmi Karolina Wajda. Zarządza ponad 200-letnim majątkiem ziemskim położonym tak pięknie, jak tylko poeci są w stanie wyobrazić sobie raj. Jak w tym raju żyje się córce wybitnej pary polskiego kina?

Made in: Pacółtowo 2, 14-107 Gierzwałd – to teraz twój adres?
Karolina Wajda: Chciałabym. Dzisiaj, gdy jechałam konno, ostre, prawie wiosenne słońce rozgrzewało zamarzniętą ziemię, a nade mną krążyły żurawie, zdałam sobie sprawę, że obiecywany nam wraz z życiem wiecznym raj, trwa właśnie tu i teraz. Pewnie brzmi to patetycznie, ale takie refleksje nasuwają się same, szczególnie w miejscach gdzie liczba ludzi wydaje się proporcjonalna do otaczającej nas przestrzeni. Tak jest właśnie tu, w Pacółtowie, gdzie pałac otoczony jest tysiącem hektarów łąk, na których baraszkują sarny i koziołki, lisy polują na nornice, a bociany leniwie zataczają koła. Wszystko to tworzy swoisty teatr natury o której zapomnieliśmy już chyba, jaka jest porywająca.

Chwyciło cię tak od pierwszej wizyty?
Wtedy pałac był jeszcze w trakcie remontu. Ale kiedy zobaczyłam wyrzeźbiony teren i na jego tle cudowne krowy w kolorze perłowym, od razu pomyślałam o malarstwie holenderskim. I że tu jest tak nadzwyczajnie pięknie.

Na co spoglądasz rankiem przez okno sypialni?
Na stajnię i folwark. Bardzo mi się podobają.

Ile macie tu koni?
Piętnaście. Staram się każdego dnia wsiadać na dwa.

Siedzimy w odbudowanym z pietyzmem 220-letnim pałacu, na ścianach kolekcje pastiszy Rembrandta, widok z okien aż lekko zawstydza, w tle stajnie i padoki. Kogo tu gościcie?
To miejsce dla ludzi, którzy przeszli już etap wielkomiejskiego blichtru. Tu spotykają się osoby dla których wspólnym mianownikiem jest wyrafinowany gust, konie i świadome życie. Pałac jest miejscem tak kameralnym i swobodnym w korzystaniu z niego, że przyjeżdżając tu z rodziną, czy przyjaciółmi, masz przez chwilę poczucie, że to wszystko jest twoje. Tu nawet nie ma numerów pokoi. Jest za to na przykład duży letni basen, w którym pływając, widzisz morze łąk. Pałac Pacółtowo to nie tylko konie, ale przede wszystkim miejsce odpoczynku.

Ściągnęłaś tu swoją Akademię Sztuki Jeździeckiej?
W zasadzie moja akademia jest tam, gdzie ja jestem. Ona nie musi mieć adresu. Do jazdy konnej podchodzę jak do sztuki. Akademia Sztuki Jeździeckiej była moim marzeniem, które zaczęłam realizować kiedy objęłam stajnie w Łazienkach Królewskich w Warszawie. W tym sezonie damy tam pięć pokazów, ale przede wszystkim występy będą się odbywały w Pacółtowie. Chcę, by wpisały się w kalendarz kulturalny Warmii i Mazur. Stroje na pokazy szyje nam ostródzka Sorella. Pięknie zdobione czapraki, napierśniki, do tego muzyka barokowa. Wszystko to stwarza niepowtarzalny nastrój i wyzwala dobre emocje wśród publiczności. Wciąż jeszcze szukam, tu w okolicy, ochotników na jeźdźców. W Pacółtowie powstał wspaniały ośrodek jeździecki z tysiącem łąk po których można swobodnie jeździć, spotykając jelenie dumnie prezentujące swoje poroża. To jeden z powodów dla których się tu sprowadziłam.
W życiu nie widziałem stajni w której wiszą wielkie kryształowe żyrandole.
W stajni też będziemy urządzać przyjęcia. Z elegancką oprawą. Stąd tak komfortowe wykończenie.

W jakich ty czasach chciałabyś żyć? XIX wiek?
Dla estetyki na pewno tak. Współczesna architektura rani moje uczucia estetyczne. Do tego ten chaos reklamowy w miastach. Jestem szczęśliwa, że w Pacółtowie nic nie szpeci tego krajobrazu.

Rodzice odwiedzają cię?
Mama już była. Powiedziałam jej, że jak wybuduję tu dom, będzie miała swój pokój, czy będzie do niego przyjeżdżać, czy nie.

Niech zgadnę, ona, pierwsza dama polskiego kina, Beata Tyszkiewicz, na pewno kąsa cię: zostaw te gumiaki i wyjedź ze wsi.
Prawie codziennie! To co ja uważam za największą przyjemność w życiu, Mama odbiera jako akt największego heroizmu. Odwieczny mit matki, która pragnie, aby jej córka, niczym bajkowa księżniczka, na puchu siedziała i jadła bitą śmietanę. Dlatego uchodzę w rodzinie za męczennicę. Rodzice dali mi olbrzymią wolność, akceptują moje wybory, ale nie wiem, czy je rozumieją.

Ojciec ma podobne zdanie?
On analitycznie podchodzi do mojego życia. Kiedyś powiedziałam mu: „Tato, stawiam nowy kurnik”. Następnego dnia przyniósł mi naszkicowany piórem gotowy pomysł. W Pacółtowie jeszcze nie był, ale jak podejmowałam decyzję o przeprowadzce, napisał mi na tę okoliczność list, bo Ojciec pisze piękne i mądre listy. Zawsze mnie ujmuje tym, że człowiek tak zajęty i pochłonięty swoim zawodowym życiem, znajduje czas na zebranie myśli i napisanie listów dotyczących mojego życia i wyborów. Śmieję się, że filmy to jego pierworodni synowie, a ja jestem ich młodszą siostrą.

Uczyłaś go jeździć konno?
Nigdy. Troszkę jeździł, ale chyba tylko po to, by sprawić mi przyjemność. Ale od wielu lat pragnę, by sportretował moje konie. Pięknie rysuje i maluje. Kiedy miałam pięć, może siedem lat, zilustrował mi „Ballady i Romanse”
Mickiewicza. Moje ulubione, znałam je całe na pamięć.

Twoje nazwisko wprowadziło do wsi trochę magii wielkiego świata? Wiedzą kim jesteś?
W ogóle nie interesuję się tym, ale ostatnio usłyszałam o sobie, że urzęduje tu pani inżynier. Jestem więc inżynierem, choć jeszcze nie wiem z jakiej branży. Może z budownictwa, bo ciągle nadzoruję remont stajni.

A studiowałaś prawo. Co cię skusiło?
Były to wtedy dobre, humanistycznie rozwijające studia.

Trudno nie zapytać, czemu córka Andrzeja Wajdy nie pozostała aktorką. Zagrałaś kilka ról.
Rodzice nigdy mnie nie ciągnęli do filmu. Kiedyś nawet ekipa i przyjaciele Ojca namawiali go, bym zagrała w „Kronice Wypadków Miłosnych”. Za nic nie chciał się zgodzić. Dostałam kilka propozycji filmowych, w niektórych zagrałam. Najmilej wspominam pracę na planie z Panem Krzysztofem Zanussim przy „Cwale”. Ale granie w filmach nigdy nie było moją pasją, a żeby wspiąć się na wyżyny aktorstwa, trzeba naprawdę lubić to robić. I to dopiero może być dobrym początkiem. Trzeba w życiu robić to co nam w duszy gra. Dlatego ja robię spektakle konne.

Możesz z nim wystąpić wszędzie? Pojechać jak muzykanci na wesele?
Od lat jeździmy po całej Polsce. Ostatnio kupiłam tira do wożenia koni. Teraz muszę się jeszcze zapisać na kurs.

Chyba żartujesz! Zrobisz prawko na tira?!
Oczywiście. Tir z mieszkaniem i końmi… mogę jechać na koniec świata. Jazda z końmi wymaga wyobraźni. Wiesz, że ciągnąc je w przyczepie, prawie nie używam hamulca?

Jaki miałby być twój dom?
W salonie znajdowałyby się drzwi do boksu. Stałby w nim mój koń. Te drzwi byłyby w górnej połowie otwarte i koń wystawiałby głowę do salonu. Kiedyś byłam u pewnego znajomego kaskadera, który mieszkał w takim drewnianym kaszubskim domu z dwiema izbami. W jednej on, w drugiej koń. U konia na ścianach wisiały kilimy i obrazy. Ale moja babcia mawiała, że są marzenia, które lepiej aby pozostawały w sferze marzeń, ponieważ ich realizacja odarłaby je z całego uroku. Nie wiem czy nie jest tak w tym przypadku. No cóż, ale skoro nie mogę mieszkać z koniem to wymyśliłam, że stajnia główna w Pacółtowie będzie tak zaprojektowana, aby ludzie mogli w niej ucztować i czuć się jak w domu.

Przeprowadziłaś się tu spod Warszawy, masz francuskie obywatelstwo, mogłabyś mieszkać w ulubionym Paryżu. Albo w Lizbonie, gdzie – jak sama mówisz – konie kupuje się przy muzyce fado. A ty na wsi często na roboczo chodzisz.
Nie przywiązuję dużej wagi do wyglądu, ubrań, choć bardzo bym chciała. Tylko, że mnie to śmiertelnie nudzi.

A więc to prawda, że wolisz wydać 200 zł na paszę dla kur, niż na kosmetyczkę?
Jeśli już to bardziej na same kury. Mama powtarza: „widzisz, wystarczy, że się umalujesz i już ślicznie wyglądasz”. Mam nadzieję, że z racji zarządzania majątkiem, uda mi się to zmienić. Byłam kobietą elegancką i postanowiłam, że jeszcze nią będę (śmiech).

Historia Pacółtowa sięga XIV wieku, ale jego rozkwit to dopiero końcówka XVIII wieku, kiedy Ahasverus von Brandt nabył Pacółtowo i wybudował tu pałac. Dzieło Brandta od lat 30. XIX wieku kontynuowali członkowie rodziny Volprecht, pozostając w majątku aż do roku 1945. Po wojnie popadł w ruinę. Budynek pałacowy zaadaptowano na biura PGR. Od sześciu lat majątek należy do warszawskiej spółki. Jego właścicielka, Teresa Mielechow, przywróciła mu pierwotny charakter, choć z nowym życiem. Wyremontowano 14 budynków, wybudowano pięć nowych, a także 10 mieszkań pracowniczych i kolejnych 10 dla… mieszkańców wsi. W majątku powstał kameralny i przystępny, choć bardzo komfortowy ośrodek konferencyjno-koncertowy z kompleksem Wellness & Beauty. Funkcjonuje tu już największy ośrodek jeździecki w Europie, a w gospodarstwie hodowane są krowy ras mięsnych Charolaise i Limousine, z których tutejsza restauracja serwuje steki.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński
Obraz: Joanna Barchetto
Make up: Danuta Śmigielska