Po koncercie w Olsztynie Anita Lipnicka odsłoniła nam cały wachlarz emocji, które zakorzeniły się w niej dzięki przeżyciom związanymi z Warmią i Mazurami. No właśnie, tylko czy to wciąż jest Anita Lipnicka?

MADE IN: Jakie masz nazwisko w dowodzie?

Anita Lipnicka: Gray. Jestem tą, która usidliła pana Greya… choć on pisze się przez „e” – Grey. (żartuje sobie z „50 twarzy Greya”)

W związku z tym należy się spodziewać plakatów z twoimi koncertami: Anita Gray?

Moje nazwisko panieńskie stało się teraz pseudonimem artystycznym, bo jakby się nagle pojawiła Anita Gray… to kto to? Za dużo zamieszania byłoby. 

Ale w dowodzie jestem Anitą Gray, więc jak się melduję w hotelu pod nowym nazwiskiem…

… to pewnie mówią: jest pani podobna do Anity Lipnickiej. 

Często tak mam. Poza tym ludzie mylą nazwiska z twarzami gwiazd. Byłam już i Edytą Bartosiewicz, i Edytą Górniak, a nawet Anetą Kręglicką. Jak ktoś mnie rozpozna, ale mówi „pani Edytko”, to ja w to brnę i podpisuję się jako Edytka, by kogoś nie rozczarować. 

Więc może jednak pojawisz się kiedyś na plakacie z nowym nazwiskiem po mężu? (w 2016 roku wyszła za maż za brytyjskiego grafika Marka Graya)

Nie wykluczam tego. Teraz, z uwagi na barwną przeszłość artystyczną, jestem trochę w pułapce. Zaczynałam jako wokalistka popowa i to był okres mojej największej popularności. Ja tej sytuacji nie planowałam i nie zdążyłam się nawet zastanowić, jaki gatunek muzyki chcę uprawić. Po prostu – spotkałam Varius Manx i z nimi odniosłam największy komercyjny sukces. Nie miałam szansy poszukać w sobie innych dróg, bo dojrzewałam na oczach ludzi. Tamten okres zdefiniował moją postać i tak mnie ludzie dzisiaj odbierają, mimo iż wiele lat spędziłam w duecie z Johnem (John Porter, wieloletni partner muzyczny i życiowy – red.), grzebałam w alternatywie, w folku, który jest mi tak naprawdę najbliższy. Po prostu mam tę przeszłość, więc teraz jest taka sytuacja, że mimo iż moja najnowsza płyta „Miód i dym” ma recenzje najlepszej płyty w moim życiu, to alternatywne duże festiwale mnie nie biorą, bo kojarzona jestem – cytuję ich – z dawną epoką, a na komercyjnych z kolei też mnie nie widać, bo jestem zbyt… alternatywna. Więc sama już nie wiem gdzie ja dzisiaj się znajduję. I dlatego myślałam, by się odciąć i nagrać coś pod nowym nazwiskiem. Może kiedyś… kto wie? 

Ma to dla ciebie znaczenie w jakim mieście dajesz koncert?

Tyle lat śpiewam i nie wiem dlaczego w niektórych miastach widownia w odbiorze muzyki jest bardziej powściągliwa, a innych mniej. Skąd się to bierze? Ale wczoraj w Olsztynie było super. 

Na koncerty na Warmię i Mazury jedziesz z jakimiś szczególnymi emocjami?

Z jednej strony ten region jest mi bardzo bliski, bo całe dzieciństwo, odkąd pamiętam, przyjeżdżałam z rodzicami pod Olsztyn pod namiot. Potem dorobiliśmy się przyczepy kempingowej. Pierwsze nasze wypady zawsze były nocą, bo wyjeżdżaliśmy jak tabun, z innymi rodzinami, z mnóstwem przystanków. Zawsze słuchaliśmy w radiu listy przebojów w „Trójce”, więc musiał to być piątek. 

Potem wyjeżdżaliśmy pod Ełk i Augustów. Ale smutne zdarzenie jakie miało miejsce w moim życiu – nagła śmierć mojego taty przez nieszczęśliwy wypadek właśnie nad jeziorem podczas wakacji – sprawił, że to miejsce budzi dużo skrajnych emocji. Dla mnie mój tata został tutaj i na zawsze tu zamieszkał, ja już go nie odnajduję na cmentarzu. Był wielkim fanem przyrody. Nauczył mnie tu łowić ryby, pływać, pamiętam jak na początku pływałam na jego plecach. To on zaszczepił we mnie miłość do natury, więc jak raz na jakiś czas nie wyjadę nad jezioro, rzekę czy do lasu, to umieram. Bo ten kontakt z przyrodą zawsze pomaga mi powrócić do siebie. Mój tata taki był.

Męża poznałaś już z Warmią i Mazurami?

Razem nas tu jeszcze nie było, ale jedzie ze mną za tydzień na koncert do Ełku. Trzeba to nadrobić, bo jest tu pięknie, a zapach wody tak dobrze mi się kojarzy. Jezioro to oczywiście mój ulubiony zbiornik wody.

Stworzyła się tu jakaś piosenka? 

Dla taty powstała „Down by the lake”, którą bardzo kocham. Jest o nim i o tym miejscu. Wykorzystałam do piosenki obraz jak przesiadywał na pomoście. Kiedy wstałam z przyczepy, on już był na rybach, odwrócił się i machał do mnie. 

Nagraliśmy ją na płycie z Johnem.

Furorę robi „Ptasiek” z najnowszej płyty „Miód i dym”. Jak się tworzy takie cudo? 

„Ptasiek” jest magiczny, bo stoi za nim cała historia. To jest muzyka cudnego artysty, który przez lata mnie inspirował – Nicka Talbota. Miałam okazję go poznać, bo jestem typem psychofanki, czyli jak czymś się zauroczę, to potrafię kupić bilet i lecieć na koncert na drugi koniec Europy. I tak było z płytami Nicka, które nagrywał pod pseudonimem Gravenhurst. Pojechałam na jego koncert do Londynu i zwyczajnie podeszłam do niego mówiąc: „słuchaj Nick, nie wiem co ty robisz ze mną, ale moje serce krwawi słuchając rzeczy, które tworzysz”. Zaproponowałam, byśmy razem coś zrobili i tak nawiązaliśmy muzyczną przyjaźń. 

Po jakimś czasie, podczas jednej z sesji, Nick wspomniał mi o jednej piosence, którą nagrał na swojej pierwszej płycie i bardzo chciałby abym ją zaśpiewała, bo nie był do końca usatysfakcjonowany z jej brzmienia. Wziął gitarę i zaśpiewaliśmy. 

Po latach, kiedy dowiedziałam się o jego nagłej śmierci w trakcie trasy koncertowej, odgrzebałam to nasze nagranie uznając, że muszę coś dla niego zrobić, upamiętnić jego postać i dokończyć tę piosenkę. Napisałam do niej polski tekst. „Ptasiek” jest metaforą dla wszystkich postaci, które są nadwrażliwe, nie przystają do rzeczywistości, ale to oni tworzą coś, to nas odmienia i powoduje, że stajemy się lepsi, więcej czujemy.

I ta prawda z piosenek wygrywa. Autentyczne emocje zawsze zostaną odebrane. Dlatego nie ma co matematycznie podchodzić do tematu i wymyślać hitów, bo to nie działa.

A na jakimś etapie procesu tworzenia utworu umiesz przeczuć jego popularność?

Nie i do tej pory zaskakuje mnie to. Jak graliśmy z Johnem w duecie i nagrywaliśmy na pierwszą płytę piosenkę „Bones of love”, chcieliśmy wręcz wyrzucić ją, bo wydawało nam się, że nie pasuje. A okazało się, że to nasz największy hit, który dał nam życie jako duetowi muzycznemu. 

Dlatego nie wiesz co się sprawdzi, a co nie. Im dłużej to robię, tym bardziej jestem przekonana, że należy robić swoje, a czy świat się na to załapie czy nie, to już nie masz wpływu. 

Kończymy bo… herbata stygnie (wcale jej nie pijemy, tylko to aluzja do nazwy jej pierwszego zespołu założonego jeszcze w szkole).

(śmieje się) Z kolegą w ogólniaku założyliśmy duet „Herbata stygnie”, ale czyj to był pomysł na tę nazwę…? Próbowaliśmy układać swoją muzykę do istniejących tekstów Adama Ziemianina czy Edwarda Stachury, ale też i pisaliśmy pierwsze swoje teksty. Pojawiliśmy się na paru przeglądach piosenki autorskiej i poezji śpiewanej, nie wygraliśmy ani razu, ale robiliśmy swoje. W liceum dużo się działo, to był mega intensywny czas. 

A żaden trener w szkole nie przechwycił cię do sportu? Jesteś bardzo wysoka, pewnie wtedy też wyróżniałaś się wzrostem.

Chodziłam do sportowej szkoły w podstawówce. W Piotrkowie Trybunalskim piłka ręczna stała bardzo mocno, Piotrcovia była nawet mistrzem Polski, więc za sprawą taty, który był fanem sportu, znalazłam się w tej piłce ręcznej. Trochę było to sprzeczne z moją sylwetką, bo nie dość, że byłam bardzo wysoka, to też i chuda. Trener mówił na mnie „Oświęcim”. To była tragedia. (śmieje się) Mieliśmy też dużo zajęć w basenie, więc jego: „Oświęcim, wychodzić z wody!” pamiętam cały czas. 

Ale po podstawówce, w której mieliśmy po 12 godzin zajęć w tygodniu, miałam już dosyć sportu.

W ósmej klasie nastąpił przełom w mojej głowie, w odczuwaniu i postrzeganiu świata. Do siódmej klasy miałam zawsze odrobione lekcje, wszystko podkreślone odpowiednim kolorem, świadectwo z czerwonym paskiem, a potem zaczęłam odkrywać świat i intensywnie go odczuwać. Zmieniłam się w typ dziewczyny w powyciąganych swetrach i z poezją pod pachą. Zaczęłam wagarować, przesiadywać w parkach kontemplując życie i patrząc na krople deszczu na liściach, które podświetlało słońce. Nie umiałam się z tego transu wyzwolić. Sport przestał mnie wtedy zupełnie obchodzić. Z gitarą zaszyłam się w swoim świecie.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński, na schodach przy ul. Dąbrowszczaków 14 w Olsztynie, 23 lipca o godz. 10:40 przy temperaturze 25°C 

Obraz: Kuba Chmielewski

Anita Lipnicka 

Weszła do popkultury za sprawą Varius Manx, z którym odniosła gigantyczny sukces, stając się jednym z najważniejszych głosów swojego pokolenia. Mimo to już po drugiej wspólnej płycie zdecydowała się na karierę solową, sięgając po sukcesy. Od 2002 roku tworzyła w duecie z Johnem Porterem, z którym zostali parą również prywatnie (mają córkę). Dwa lata temu wyszła za mąż za brytyjskiego grafika i artystę Marka Graya. W ub. roku wydała najlepiej oceniany z dotychczasowych albumów „Miód i dym” nagrany jako Anita Lipnicka & The Hats. 22 lipca zagrali koncert w Olsztynie.