Bez oceniania, bez lamentu, ale i bez pobłażania. Patrzymy na środowisko naturalne Warmii i Mazur z perspektywy, która jest wypadkową spojrzeń miłośników przyrody, naukowców, leśników i opinii publicznej. Przyroda, najlepsza wizytówka naszego regionu – czy ma jakieś szanse ze zmianami, jakie oferuje jej współczesny świat? 

Gorączka wycinek drzew ogarnęła praktycznie całe województwo – to opinia ogólna. Trudno nie ulec wrażeniu, że z naszych lasów drzewa znikają na niespotykaną dotąd skalę. Dotyczy to też największych i najpiękniejszych obszarów leśnych regionu: Puszczy Piskiej, Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej, Puszczy Boreckiej, Lasów Iławskich i Puszczy Rominckiej. Mieszkańcy próbują powstrzymać to zjawisko medialną wrzawą, organizacją protestów lub petycji obywatelskich. W mediach społecznościowych padają pytania: dlaczego ostatnio wycina się aż tyle drzew? Co zostawimy przyszłym pokoleniom? 

Każda ze stron przyrodniczego sporu musi pamiętać, że las od wieków postrzegany jest w trzech wymiarach: przyrodniczym, społecznym i gospodarczym. Wygląda na to, że coraz trudniej przychodzi nam zrozumieć potrzebę ich współistnienia.

Dla pokoleń las nie znika 

Według Lasów Państwowych opinie o zmniejszeniu się powierzchni leśnej w regionie nie są prawdziwe. – Lesistość Polski, w tym Warmii i Mazur, wzrosła. Po zakończeniu II wojny światowej wynosiła zaledwie 20 proc., obecnie to prawie 31 proc. Nie ma mowy o niekontrolowanych wycinkach, dokonuje się ich na podstawie tzw. planu urządzenia lasu – tłumaczy Adam Pietrzak, rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Olsztynie. – W każdym miejscu, w którym wytniemy dojrzały drzewostan, sadzimy nowe drzewa, co roku to ponad 20 mln drzew. Mamy na to z mocy ustawy pięć lat. Możemy więc mówić o wymianie pokoleń w lesie, a nie o znikaniu lasu. 

Powyższe dane nie pocieszają jednak miłośników przyrody, takich jak Andrzej Waszczuk, autora niezwykłych zdjęć flory i fauny regionu. – Nie wierzę statystykom. Lasy Państwowe mówią o zasadzeniu milionów nowych drzew. To nie oznacza, że każda sadzonka się utrzyma. Część z nich zniknie w czasie kolejnych przycinek lub zostanie zniszczona, np. przez leśne zwierzęta. Zresztą, czy można w ogóle porównać wartość drzewa kilkudziesięcioletniego do sadzonki? I czy puszcza nadal będzie puszczą, jeśli dojrzały drzewostan stopniowo wymienimy na nowe drzewa? – pyta. 

Na szczęście w lasach rośnie udział odnowień naturalnych, czyli takich, gdzie nowy las powstaje przy wykorzystaniu sił natury, pod okiem leśników, którzy ten trudny proces inicjują, obserwują i prowadzą. Dzięki wykorzystaniu samosiewu nim stary drzewostan zostanie usunięty, zaczyna już przyrastać nowe pokolenie. Jednak efekty pracy leśników należy oceniać w perspektywie dziesiątek lat. Tej cierpliwości z pewnością dziś nam brakuje.

W sytuacji, gdy ekolodzy i leśnicy stoją często po dwóch stronach barykady, szum informacyjny pozostawia wielu ludzi w niewiedzy i dezorientacji. Zwłaszcza, że gdzieś w pobliżu tej barykady potrafią przyczaić się też zwykli „krzykacze”, bez merytorycznej wiedzy i rozumienia natury. Prawdziwi miłośnicy lasu mają świadomość, że nawet oni sami zawsze pozostają w nim intruzami. Krzysztof „Leśny” Mikunda, fotograf i autor bloga „Leśne opowieści”, zafascynowany każdym przejawem leśnego życia pisze: „Kocham las, ale pozostaję w pełnej świadomości jednostronności tej miłości.[…] Jestem w lesie osobą obcą i do tego niechcianą, las wykorzystuje każdą okazję, by dać to do zrozumienia”. A jednak, gdy intruz respektuje zasady gry, udaje się zobaczyć i uwiecznić najczystsze piękno natury. Zdjęcia Krzysztofa Mikundy i Andrzeja Waszczuka przedstawiają florę i faunę Warmii i Mazur takimi, jakimi zawsze chcielibyśmy je widzieć. Tymczasem w przestrzeni publicznej nie brakuje też zdjęć wielkich połaci leśnych wyciętych w pień. Wzbudzają silne emocje, ale realistom przypominają o gospodarczej roli lasu.

– Gospodarka leśna to niełatwe zadanie – mówi Marian Szymkiewicz, kierownik Muzeum Przyrody w Olsztynie. – Leśnicy są dziś między młotem a kowadłem. W kraju, który wyrósł na światowego giganta w produkcji mebli, i w którym około 300 tys. ludzi zatrudnionych jest w przemyśle przetwórstwa drewna, trzeba skądś pozyskiwać surowiec – dodaje. 

Dzięcioł nie na młodym drzewie

Drzewa regionu, które przez dziesiątki lat były zabezpieczane i przeznaczone na surowiec, teraz osiągają wiek rębności. Opinia publiczna żywi i tu swoje obawy – czy przemysł „wyczyści” region z tego, co najlepsze i przeniesie się dalej, zostawiając krajobraz jak po bitwie? Lasy Państwowe zapewniają, że nie ma mowy o nadmiernym wykorzystywaniu zasobów przyrodniczych, wycina się mniej niż co roku przyrasta – średnie pozyskanie to 60 proc. rocznego przyrostu. Na stronie lasy.gov.pl można wyczytać, że stale rosnąca zasobność drzewostanów, a tym samym przyrastające zasoby drewna w Lasach Państwowych umożliwiają też stopniowe zwiększanie jego pozyskania. Trudno nie zgodzić się z tym, że drewno to najlepszy surowiec w historii ludzkości. Jest w pełni odnawialny i biodegradowalny. Ale ekolodzy patrzą na drzewa inaczej. Widzą w nich ostoję bioróżnorodności. – Z ekosystemu żaden element nie może wypaść bez szkody dla całości. A stare drzewa są przecież cenne dla niezliczonych gatunków zwierząt – wyjaśnia Andrzej Waszczuk. – Las to skomplikowany organizm, uosobienie najpełniejszej harmonii. Jeśli z tej bioukładanki znikną stare drzewa, może to zachwiać całym systemem. Obawy o harmonijne życie lasu żywi też Krzysztof „Leśny” Mikunda, który w jednym z ostatnich tegorocznych wpisów na swoim blogu podkreśla: „Serce mi ostatnio pękło, bo wielkopowierzchniowe cięcia odbywają się na terenie NATURA 2000. Niestety pod bezlitosną piłę siłą rzeczy trafiają drzewa gniazdowe i dziuplowe. Cały projekt NATURA 2000 okazał się wielką fikcją, kolejnym politycznym interesem, potrzebą chwili, a nie wieloletnią, świadomą działalnością na rzecz ochrony rzadkich gatunków”. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji opinia publiczna wrze. Głównym celem funkcjonowania Europejskiej Sieci Ekologicznej Natura 2000 było przecież zachowanie określonych typów siedlisk przyrodniczych oraz gatunków uważanych za cenne i zagrożone w całej Europie. 

Rolnictwo kontra cietrzew

Jednak ptaki cierpią wskutek zmian, jakie zachodzą w całym środowisku, nie tylko w lesie. Niektóre gatunki na zawsze opuściły nasz region, inne zmniejszyły liczebność. Winę za to zjawisko ponoszą zmiany w rolnictwie, które na szeroką skalę zaczęły się po przystąpieniu Polski do UE. – Ptaki znikają z naszego regionu ze względu na likwidację miedz, zadrzewień, oczek wodnych i bagien, na osuszanie których rolnicy uzyskują unijne dotacje. Małe gatunki nie mają już czego szukać na obszarach, gdzie ciągle trwają zmechanizowane prace polowe: wałowanie, równanie, nawożenie, koszenie – wyjaśnia Marian Szymkiewicz z Muzeum Przyrody w Olsztynie. – Konsekwencje przyrodnicze są nieuniknione. Z regionu zniknęła kraska i tracz długodzioby, cietrzew jest na granicy wyginięcia, zmniejszyła się liczebność bociana białego. Jednak są też gatunki, które przystosowały się do nowego rozdania – dzięki ogromnym zdolnościom adaptacyjnym zwiększyła się liczebność żurawi, kormoranów i bielika – dodaje.

Poza wielkoareałowym rolnictwem do niekorzystnych zmian w środowisku naturalnym przyczynia się także chaotyczna zabudowa terenu, w tym najbardziej zabudowa brzegów jezior, choć z nimi samymi nie jest najgorzej. Stan jezior w ostatnich latach bardzo się poprawił, głównie za sprawą środków zainwestowanych w oczyszczalnie, przepompownie i systemy kanalizacyjne. Zdecydowanym ekoliderem regionu jest działająca w Giżycku Fundacja Ochrony Wielkich Jezior Mazurskich, która przyczyniła się do realizacji wielu przedsięwzięć inwestycyjnych w gospodarce wodno-ściekowej. Z raportu o stanie środowiska województwa warmińsko-mazurskiego, opublikowanego w 2018 roku przez Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Olsztynie, wynika, że z 41 jezior województwa, które poddano badaniom, bardzo dobry stan ekologiczny (I klasę jakości wód) mają dwa jeziora – Jegocin i Kirsajty, dobry (II klasa) 11 jezior, umiarkowany (III klasa) 14 jezior, słaby (IV klasa) 13 jezior i zły (V klasa) jedno jezioro. Smutne wieści nadchodzą jednak od ichtiologów, rybaków i wędkarzy – w naszych jeziorach coraz dotkliwiej brakuje ryb, zwłaszcza atrakcyjnych gatunków, takich jak sandacz, szczupak czy okoń. Nie cichną wzajemne oskarżenia rybaków i wędkarzy o nadmierną eksploatację zasobów. Pogodzenie interesów rybactwa profesjonalnego i wędkarzy nie będzie możliwe, dopóki nie odbuduje się populacji wielu gatunków ryb. Tymczasem bezrybie odbija się niekorzystnie na turystyce i biznesach lokalnych sprzedawców ryb. 

Bardziej optymistyczne są dane dotyczące populacji wolno żyjących ssaków regionu. Bytowaniu tych zwierząt na Warmii i Mazurach sprzyja ocieplenie i obfitość bazy żerowej. Jak podaje prof. Anna Korzekwa, kierownik Zakładu Ochrony Bioróżnorodności Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk, od kilku lat populacja jelenia i łosia w naszym województwie jest stabilna. Stała jest także liczebność sarny, mimo zagrożenia ze strony drapieżników – wilka i rysia. Dziki natomiast doskonale przystosowały się do sąsiedztwa człowieka, nawet w aglomeracjach miejskich. Od kilku lat samice dzika są zdolne do wydania na świat potomstwa dwukrotnie w ciągu roku. Naukowcy uważają, że przyczyną takiej gotowości do rozrodu jest dostęp do żywności bogatej w estrogeny oraz sprzyjające warunki klimatyczne. Rozrost populacji dzików hamuje jedynie wirus ASF. – Racjonalna realizacja programu redukcji dzików nie jest działaniem wbrew ekologii. Sprawi, że wirus zostanie zredukowany do minimum i szybko powstanie nowa populacja, wolna od ASF – tłumaczy prof. Anna Korzekwa. Ciekawa jest też tocząca się kołem historia naszych bobrów. W latach 60. XX wieku opracowano w Popielnie, gdzie dziś znajduje się siedziba Stacji Badawczej PAN, program reintrodukcji tego gatunku. Obecnie skutkuje on niekontrolowanym, ciągłym wzrostem populacji. W ograniczeniu płodności bobra mają pomóc opracowywane w Zakładzie Ochrony Bioróżnorodności naturalne repelenty. 

Na terenie Warmii i Mazur działają ośrodki rehabilitacji i hodowli zwierząt. W miejscowości Wolisko w Puszczy Boreckiej hoduje się żubry, a w Popielnie koniki polskie, jedyną rodzimą, pierwotną rasę koni, wywodzącą się bezpośrednio od dzikich tarpanów, które wyginęły na początku XIX wieku. Stacja Badawcza w Popielnie prowadzi hodowlę konika polskiego od 1955 roku, w dwóch systemach utrzymania: rezerwatowym i stajennym.

Region z tak silnym wizerunkiem przyrodniczym, rozdarty przez dwie sprzeczne ze sobą potrzeby – ochrony środowiska oraz udostępniania obszarów cennych przyrodniczo, musi także stawić czoła niezrównoważonemu ruchowi turystycznemu. Bezpośrednie zagrożenia ze strony turystyki wiążą się z powstawaniem hoteli i pensjonatów przy linii brzegowej, zwiększoną produkcją odpadów oraz hałasem. Na szczęście koncentracja tych zjawisk nie jest duża, bo sezon turystyczny na Warmii i Mazurach trwa krótko. 

Na szczycie listy czynników zagrażających przyrodzie niezmiennie pozostaje człowiek, który oderwany od życia na łonie natury, coraz mniej ją rozumie. A przez to coraz mniej rozumie także siebie. Jak ma więc pomóc zmęczonej rozwojem regionu naturze? Może, tak jak w medycynie, najlepiej sprawdzi się zasada: po pierwsze nie szkodzić.

Tekst: Sylwia Płaszczyńska-Capłap
Obraz: © Stephen Rees, © Ondrej Prosicky, © TTphoto / Shutterstock.com