Przy pierwszej rozmowie z klientem zadaje dwa pytania: ile ma pieniędzy na projekt i czy żona o tym wie? „Piter” tworzy w Olsztynie motocykle. Każdy inny.

Na półce leży kilka pięter kaset magnetofonowych z ostrą metalową muzyką. Obok stary kaseciak. W tym pyle od szlifowania wysiada ponoć każdy odtwarzacz CD. Zresztą i tak najnowocześniejszą rzeczą jest tu pewnie telefon komórkowy „Pitera” – ośmioletnia Nokia, która nosi ślady ciężkiego żywota. Jak stary kaseciak, też umie tu przetrwać.

Jest coś mrocznego w miejscach, gdzie powstają wielkie rzeczy, a do których trafić trudno nawet z adresem. W gąszczu magazynów olsztyńskiego Zatorza na trop naprowadza dopiero zaparkowana pod metalowymi drzwiami czarno-matowa furgonetka Chevroleta z lat 80. W dodatku z silnikiem 5,7 litra. Nikt przy zdrowych zmysłach dzisiaj taką nie jeździ. Więc to musi być tu. Te ciężkie metalowe drzwi to brama do mekki wszystkich tych, dla których bóg ma dwa koła i siodło. Regały z rurami, blacha, wypracowane narzędzia. Na betonie rozpoczęte projekty. Jest surowo. „Piter” wykuwa tu z metalu maszyny, za które maniacy gotowi są zapłacić 100, a nawet i 150 tysięcy. Każdy projekt jest inny. Choć tak samo szalony. – Tu jest heavy metal – jakby słowem wstępu, ale i zakończenia „Piter” próbował opisać warsztat. Ma średni wzrost, ale mocną sylwetkę. Ręce przesiąknięte żelastwem, bystre spojrzenie i raczej tyle imprez na karku, że konia by obalił.

Custom – to słowo pada w tej manufakturze najczęściej. To styl motocykli zindywidualizowanych,  gdzie jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia twórcy. – Choć pomysły nie zawsze dadzą się przenieść na materiał – zaznacza. Akurat szlifuje dwa przebijające czerwienią cylindryczne, skośnie ucięte elementy. Przykłada jeden obok drugiego niczym butle płetwonurka. – To będą zbiorniki paliwa, zrobiłem je z gaśnicy „“ mówi tonem w głosie tak oczywistym, jakby przynajmniej połowa japońskich firm robiła zbiorniki właśnie z butli po gaśnicach. – Tu pomysły krążą w powietrzu – wtrąca „Żaba”. „Żaba” to kumpel z podobną receptą na życie, tyle że chyba jeszcze bardziej wytatuowany. Właśnie buduje coś, co można było kiedyś oddać na plan filmowy „Mad Max 2″. Tam gdzie motocykl ma akumulator, tu jest zwykły metalowy kanister. A żeby jeszcze bardziej wkurzyć diagnostów od rejestracji, stacyjkę z kablami wspawał… – brawo! W ten sam kanister. Choć pomysły na wygląd kolejnego projektu tkwią w artystycznej głowie, to jednak wszystko musi być podparte wiedzą inżynierską. „“ Przecież ja potem jakiegoś kolesia muszę na to wsadzić – „Piter” pokazuje na gotową ramę. Zmysł techniczny i wyczucie artystyczne to raz. A inspiracje – dwa. – Kiedyś przyszedł do mnie
klient, wyciągnął zza paska magnum 44 i powiedział, że chciałby na motocyklu trochę stylu z tego pistoletu – zdradza. Konieczne są też twórcze przerwy, by złapać nowy smak. „Piter” ucieka wtedy do sklejania… czołgów. Ale gdyby tylko miał możliwość, grzebałby w starych parowozach. Gotowe maszyny rozjeżdżają się z Olsztyna po kraju, ale i poza. Wielu właścicieli chwali się nimi na branżowych wystawach. I świetnie punktują. Kiedyś, prosto z konkursu, do „Pitera” zadzwonił klient. Zadowolony, bo zgarnął wygraną: 42-calowy telewizor. – Powiedział, że w nagrodę przyśle mi pilota – śmieje się.
„Piter” to ksywa Piotra Jóźwiaka jeszcze z wczesnego podwórka. Początkowo ciągnęło go do samochodów, ale kumpel przypadkiem zawrócił mu w głowie motocyklem. Kupił pierwszą M-kę, radziecki sprzęt psujący się zawsze. Szybko podjął wyzwanie – jak się okaże – na przyszłość. – Niby dlaczego mam mieć M-kę taką, jak inne M-ki – przytacza dylemat 17-latka. M-ka „Pitera” każdego roku wyglądała inaczej.

Rocznie robi kilka maszyn. Jednej poświęca około pół roku, choć rytm robót reguluje portfel klienta. – Dlatego kiedy przychodzi do mnie pierwszy raz, od razu zadaję dwa pytania: ile ma kasy na projekt i czy żona o tym wie. Nie chcę potem w połowie roboty pakować zabawek do kartonów i słuchać, że żona upatrzyła sobie nowe tapety.

A kasa płynie tu okrągłymi sumami. Najczęściej w euro. Najdroższy jest napęd. Zwykle kupują w fabryce od Harleya. Przychodzą w skrzyniach. „Piter” cieszy się wtedy jak dzieciak rozpakowujący  prezenty pod choinką. Silnik potrafi kosztować i pięć, i 10 tys. euro. Jedno koło – półtora, lakierowanie drugie półtora. Jakby nie liczyć cen samych części, najtańszy projekt musi kosztować 60 tys. zł. Najdroższy? Górnej ceny „Piter” jeszcze nie odkrył, ale 160 tys. już tu zostało. Głupio byłoby nie zapytać go o jego pierwszego Harleya. Więc był, jeszcze przed tym jak założył z kumplami w Olsztynie knajpę Harley Blues Bar. W zasadzie był to silnik od Harleya. Na początku lat 90. dał za niego majątek – cztery tys. dolarów. Potem Malucha zamienił za sprzęgło. Resztę zrobił sam. Dzisiaj na Harleyu bazuje najczęściej. – Bo daje najwięcej możliwości na wykreowanie projektu. Do tego katalogi z asortymentem mają takie, o… – wyciąga z szafki opasłe tomiska, przy których książka telefoniczna to jak zeszyt do nut.

Jego galeria to kilkadziesiąt gotowych projektów. Facet mógłby zrobić wszystko. A \ nie ma nawet maila.
Obcym przedstawia się jako „Piter”.

– A jak ktoś dopyta czym się zajmujesz?
– (zastanawia się)… to mówię, że motocyklami.

 

Tekst: Rafał Radzymiński
Obraz: Joanna Barchetto