BEZ TYTUŁU

CZYLI O TYTUŁACH KSIĄŻEK NAJBARDZIEJ UTYTUŁOWANYCH PISARZY WARMII I MAZUR.

 

ZAMARZNIĘTE JEZIORO KORTOWSKIE W ŚRODKU LATA, STOSY DZIENNIKÓW Z PRZEDWOJENNEGO LWOWA, LAS, ZBRODNIA I KARA – TO ŚWIAT KRYMINAŁÓW PAWŁA JASZCZUKA. AUTOR NAGRODZONEJ WIELKIM KALIBREM POWIEŚCI „FORESTA UMBRA” OPOWIADA O KREOWANIU FABUŁY I PODRÓŻACH W CZASIE. 

 

MADE IN: Gdzie najlepiej czyta się kryminały?

Paweł Jaszczuk: Myślę, że specjalnych warunków nie trzeba sobie zapewniać, dobra powieść sensacyjna potrafi pobudzić wyobraźnię i przenieść do świata równoległego. Możemy czytać na przystanku, w pociągu, autobusie lub w tramwaju…, ale wymarzonym miejscem jest chyba własny fotel.

 

„Foresta Umbra” – tytuł był inspiracją do powstania książki czy raczej wyszedł z gąszczu fabuły?

Powieść miała kilka tytułów, pamiętam „Srebrne podkówki”, „Różane magnolie”…  Tytuł  przyszedł do mnie sam. Wtedy, gdy powieść była już niemal gotowa, przypomniałem sobie o lesie Foresta Umbra we Włoszech, w którym niedawno przebywałem.

 

Anagramy, zwielokrotniony sens tytułu – to tylko pasja głównego bohatera czy i autora powieści?

To gra literacka, na którą sobie pozwalam, gdy piszę, ale przede wszystkim to sposób myślenia mojego bohatera – Jakuba Sterna, doskonale wykształconego prawnika ze Lwowa, miasta, w którym być nudnym człowiekiem po prostu nie uchodziło. Jakub Stern to błyskotliwy dziennikarz, który zajmuje się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Gra w skojarzenia jest dla niego naturalna. Myślę, że poprzez taki sposób obrazowania, zwielokrotniony sens tytułu, czytelnik wchodzi do mojego aberracyjnego świata,  w którym mało znaczące sytuacje nabierają wymiaru psychodelicznego.

 

Zanim czytelnik zostanie wciągnięty do mrocznego lasu, znajduje się w rozpalonym słońcem Lwowie dwudziestolecia międzywojennego. Jak rekonstruuje się taki świat?

Wiele lat temu usłyszałem historię o sadyście, znęcającym się w okrutny sposób nad ofiarami, kobietami. Ta opowieść wbiła się we mnie głęboko, jak drzazga. Skaleczenie pulsowało, podchodziło ropą. Zdałem sobie w końcu sprawę, że jeśli tej historii komuś nie opowiem, nie dam początku i zakończenia, to będę z tym bólem żył. Napisałem więc powieść rozgrywającą się na Kresach przedwojennej Polski. To przyniosło mi ulgę.

 

Jakub Stern jest gwiazdą tamtejszego dziennikarstwa. Inspirował się pan wycinkami z ówczesnej prasy?

Stworzyłem redakcję „Kuriera Lwowskiego”, który po 1936 roku już się nie ukazywał. Inspirował mnie „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. Sprowadziłem roczniki „IKC” i z zacięciem je wertowałem. Poznałem przedwojenny dziennikarski język, ciekawostki, również te z półświatka: kto z kim zadarł, za co poszedł siedzieć. Chłonąłem treść artykułów i ogłoszeń, jakbym czytał najlepszą powieść. Bez tego historycznego przygotowania nie mógłbym wybrać się do miasta-legendy, którego już nie ma.

 

Balzac i Flaubert mieli zostać prawnikami, Bułhakow był wenerologiem i po trzydziestce rzucił medycynę dla pióra. Pan również zawodowo daleko odbiegł od pisarstwa.

Tak, ale kiedy w latach 70. studiowałem budowę dróg na Politechnice Gdańskiej, Trójmiasto było prawdziwym tyglem kulturalnym. Przyjeżdżały do nas najlepsze polskie teatry, spotykało się tu znakomitych pisarzy. Gdańsk, co muszę podkreślić, był wtedy miastem niepokornym. Dzięki swoim kontaktom miałem dostęp do literatury zakazanej, chociażby do wydań „Kultury Paryskiej”. Powieść „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna przywiozła mi z Paryża koleżanka z Chóru Politechniki Gdańskiej. Miałem również dostęp do pism opozycyjnych, drukowanych na powielaczach, i współtworzyłem nasze pismo studenckie na wydziale, w które ingerował rektor albo cenzura. Bardzo dużo wtedy czytałem. Fascynowała mnie proza iberoamerykańska: Márquez, Borges, Cortázar. Jednak największego zwrotu w mojej świadomości dokonał Fiodor Dostojewski. W przerwie między obliczeniami i kreśleniem projektów czytałem „Zbrodnię i Karę” w oryginale albo pisma Sartre’a. Takim byłem typem! (śmiech) Po trzech latach studiów zerwałem z uczelnią i zamierzałem przenieść się na filozofię do Poznania, ale po rozmowie z rodzicami ostatecznie wróciłem na budownictwo. Wkrótce założyłem rodzinę, a na pytania filozoficzne musiałem sobie sam odpowiedzieć.

 

I jest pan pewnie jednym z niewielu inżynierów z nagrodą literacką. Agatha Christie w czasie wojny pracowała jako technik farmacji, co znalazło odbicie w jej kryminałach. U pana jest podobnie?

Widzę pewną analogię: moja żona jest farmaceutką (śmiech) i jej praca mnie inspiruje. Ale zawsze staram się pisać w taki sposób, żeby była to wyprawa w nieznane. Odwiedziłem przedwojenny Lwów, ta wyprawa pochłonęła mi pięć lat życia. Właśnie oddałem do wydawnictwa kolejny, piąty, tom przygód Jakuba Sterna i Wilgi de Brie.

 

W jakich okolicznościach wpada pan na pomysł „kto zabił”?

To jest najtrudniejsze pytanie, choć wydaje się najprostsze. Chodzi o to, żeby tak zagmatwać fabułę, by czytelnik poznał prawdę w ostatnim momencie. Dlatego powieść zaczynam od końcowej sceny, później się cofam. To nie jest pisanie linearne. Budzę się w środku nocy, bo odnajduję odpowiedzi na postawione pytania, wstaję i szybko notuję rozwiązania.

 

Chodzi pan po mrocznych zakątkach miasta w poszukiwaniu inspiracji?

Tak, np. powieść „Testament Schlichtingera” pozwoliła mi poznać Olsztyn z 1914 roku. To była wyprawa do szpitala dla psychicznie chorych w Kortowie. Pisałem ją latem, a wydawało mi się, że jest grudzień, trzaskający mróz i że Jezioro Kortowskie jest pokryte lodem, a ja po nim chodzę… Nawiedzały mnie takie dziwne stany, wszystko było podporządkowane wyobraźni.

 

Urodził się pan w Ostródzie, od lat mieszka w Olsztynie – aura Warmii i Mazur wisi w powieściowym Lwowie lub lesie?

Na pewno. Dużo wędruję po lasach. To moja pasja. W okolicach Olsztyna chodzę śladami wilków, przez gąszcze, i specjalnie wybieram stare, zapomniane drogi. Warmia i Mazury to urocza kraina. Przed powstaniem powieści „Foresta Umbra” byłem w tytułowym lesie na półwyspie Gargano we Włoszech. Wysiedliśmy z żoną z samochodu, by odpocząć w cieniu i wtedy niespodziewanie zaatakowały nas muchy, tysiące napastliwych owadów! Jakby chciały nas pożreć. Miły, starożytny las okazał się przerażający. „Za karę” opisałem go w powieści. Inne fragmenty „Foresty” dyktowałem żonie, gdy płynęliśmy kajakiem Żejmianą na Litwie. Żona pisała za mnie, a ja trzymałem wiosło. Powieść to swego rodzaju patchwork utkany z fikcji i prawdy.

À propos, opowiem pewną anegdotę dotyczącą powieściowych bohaterów, bo nie wszystko musi być śmiertelnie poważne. Przyniosłem na spotkanie powieść Marka Krajewskiego „Rzeki Hadesu”. Marek, jako człowiek z zasadami, zapytał mnie, czy zgodzę się, by przeniósł swego literackiego bohatera do Lwowa. Zgodziłem się, ale postawiłem twardy warunek: Popielski musi się napić ze Sternem piwa lwowskiego! I tak też się stało. Odwzajemniłem się Markowi Krajewskiemu i jego bohater występuje u mnie w „Akuszerze śmierci”. To takie mrugnięcie w stronę czytelnika.

 

Paweł Jaszczuk – pisarz, krytyk literacki, inżynier budownictwa i pasjonat filozofii. Urodził się w Ostródzie, mieszka w Olsztynie. Zadebiutował szkicem literackim na łamach miesięcznika „Warmia i Mazury”. Jest członkiem Związku Literatów Polskich, autorem dziesięciu powieści, dramatów i opowiadań. Podczas II Festiwalu Kryminału w Krakowie otrzymał prestiżową nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszą polskojęzyczną książkę kryminalną 2004 roku – „Foresta Umbra”, otwierającą cykl o dziennikarzu Jakubie Sternie.

 

Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama

Obraz: Michał Bartoszewicz

 

PARTNERZY CYKLU „BEZ TYTUŁU”

Pisarzy gościmy w Restauracji Lumaca, miejscu dla gości potrafiących pogodzić pochłanianie widoków, wysmakowanego designu i potraw, które można jeść oczami. Przystań żeglarska nad Jeziorem Ukiel w Olsztynie, ul. Sielska 38A. FB/Restauracja Lumaca

Towarzyszy nam kawa z Palarni Kawy Lani Coffee, której idea narodziła się na hawajskiej wyspie Big Island. Warmińsko-mazurska palarnia oraz wysokojakościowe ziarna kaw z różnych części świata, świeżo palonych na zamówienie klienta. Przy takim smaku i aromacie każdy sięgnie po książkę. lanicoffee.pl