Nikul przez pierwsze półtora roku w Polsce żywił się wyłącznie zupkami błyskawicznymi. Tutejsza kuchnia wydawała mu się bez smaku. Ruifang jadła tylko chleb, masło i cukier. Z kolei żyjąca w Hongkongu Lai była przygotowana na wszystko. O tym, że zostaną w Polsce, decydował przypadek, a czasem miłość. Nieprzypadkowo jednak cała trójka otworzyła na Warmii i Mazurach własne restauracje. Chodziło też przecież o miłość do dobrego jedzenia.

INNA NIŻ WSZYSCY

LAI CHONG HO / GOLDEN DRAGON

Choć mieszka w Olsztynie od 20 lat, Lai Chong Ho nie mówi po polsku. Polskie wyrazy wylicza na palcach jednej ręki: „dziękuję”, „dzień dobry”, „smacznego”. Do prowadzenia restauracji wystarczy.

– Do Olsztyna przyjechałam odwiedzić przyjaciółkę, która poślubiła Polaka. Ona wróciła do Hongkongu, ja zostałam – najkrócej ujmuje historię.

W Olsztynie nie działała wtedy żadna chińska restauracja. I zapewnia, że to, co w Europie traktuje się jak kuchnię chińską, przeważnie jest wyrobem wietnamskim. Z kolei w chińskich restauracjach na zachodzie Europy przeraziły ją ceny.

– Przyjaciele pytali mnie czy chińskie jedzenie musi być drogie. Odpowiadałam: nie! To była moja szansa – wspomina. – W Olsztynie byłam kimś innym niż wszyscy.

Hongkong, w którym dorastała, należał do Wielkiej Brytanii. Do Chin wrócił w 1997 roku, ale Lai wciąż podkreśla, że Hongkong i Chiny to dwa zupełnie inne kręgi kulturowe. Polska kuchnia specjalnie jej więc nie zaskoczyła.

Swoją restaurację początkowo prowadziła koło Tesco. Po kilkunastu latach przeniosła ją na Targ Rybny na olsztyńskiej Starówce. Ściany pomalowała wtedy na czerwono. – To nasz szczęśliwy kolor. Podobnie jak złoty – śmieje się, bo w końcu mowa o „Złotym Smoku”.

Lai pracuje codziennie 12, a niekiedy 14 godzin. Wakacje? Owszem, w Boże Narodzenie i Wielkanoc. – W Chinach po prostu musieliśmy ciężko pracować. To prawda, że dorosłe dzieci pomagają rodzicom, choć często mają już swoje rodziny. Zakładając, że każde z małżonków ma dwoje rodziców i jedno dziecko, dwie osoby muszą zapewnić byt dodatkowym pięciu! Tutaj za to często słyszę: „powoli”, „za moment”. W Hongkongu nie możesz być powolny, bo jutro na twoje miejsce będzie kilku innych chętnych.

O powrocie do ojczyzny nie myśli. Lai ma tylko jeden plan na przyszłość: ulepszać swoją restaurację. I uczyć się jak najwięcej. Bo przecież nie odpoczywać!

Nie prosi o pomoc, jeśli to nie jest konieczne. Ze wszystkim stara się radzić sobie sama.

– Jeśli nie masz męża, nikt cię nie ochroni – musisz być silna. Więc sama chronię siebie i swój biznes. Po prostu życie pcha mnie do przodu – opowiada i nie przestaje się uśmiechać. Jest spokojna. Zupełnie jakby wiedziała coś, czego nie wiedzą inni. – Mam w życiu wiele szczęścia. Po prostu jestem szczęściarą – zapewnia.

CHLEBEM I CUKREM

RUIFANG DONG / GONG JI

Na początku nie smakowało jej nic. Za dużo mięsa, za mało warzyw. Żywiła się więc przeważnie chlebem, masłem i… cukrem. Pingpongistka Fang do Polski przyjechała w 1997 roku za namową pierwszego męża. O Polsce wiedziała tylko, że jest taki kraj. To była jej pierwsza podróż do Europy. – Na początku ten kraj wydawał mi się taki sobie. Mało ludzi. W tamtym czasie w Polsce nie było wielu obcokrajowców, w Ostródzie wszyscy się na nas gapili – wspomina.

Przez ten czas mieszkała też w Piasecznie, Warszawie i Olsztynie. – W Ostródzie żyje się jednak najlepiej. No i latem jest pięknie! – podkreśla.

O Fang zrobiło się głośno, gdy jej restaurację odwiedziła Magda Gessler z Kuchennymi Rewolucjami. To miejsce Chinka otworzyła z myślą o drugim mężu, który wkrótce potem zmarł. Do udziału w programie namówili ją przyjaciele. Ostatecznie Fang stała się w restauracji sterem, żeglarzem i okrętem. Rano biegnie na trening, a zaraz potem do restauracji. Weekendy? Różnią się tylko tym, że nie ma treningów.

To Magda Gessler zaproponowała nazwę Gong Ji – kogut, od trwającego właśnie w Chinach roku koguta. Zmienił się też wystrój miejsca, ale zostały chińskie pierożki. Te Fang przygotowuje według przepisu swojego 90-letniego dziadka.

– Dawniej, kiedy chińskie wesela odbywały się w domach, to właśnie tam zapraszano kucharza. Dziadek też tak gotował nowożeńcom – opowiada. W restauracji Gong Ji pierożki są od początku do końca dziełem Fang. – Nie pozwalam tego robić kucharzom. Sama przygotowuję farsz i ciasto – zaznacza.

W Polsce Fang wychowuje 13-letnią córkę i siedmioletniego syna.

– Moje dzieci po miesiącu w Chinach chcą być z powrotem w Polsce – opowiada. – Ja na pewno kiedyś wrócę. Tam jest mój dom.

Ale zanim to nastąpi, Fang zamierza jeszcze otworzyć w Ostródzie chińską pierogarnię. – Polacy bardzo lubią pierogi – nie ma wątpliwości. W Chinach Fang częściej jadła te z farszem warzywnym. Tu eksperymentuje z mięsami. W Gong Ji można więc zjeść pierożki z wołowiną, wieprzowiną i krewetkami.

Pytana, co sprawia jej większą satysfakcję, sport czy kuchnia, odpowiada: – Praca.

Bo nie wyobraża sobie życia bez ulubionych zajęć. – Niby jestem zmęczona, ale nie narzekam. Mama i córka uważają, że jestem pracoholiczką. Niektórzy mówią też: „stara jesteś i jeszcze grasz”. Ale bez tego nie wyobrażam sobie życia. Kiedy widzę, że zawodnik, którego trenuję od małego, odnosi sukces, czuję się dobrze. W kuchni też czuję się dobrze, choć nie sposób porównać tych dwóch uczuć.

Z INDII JAK NIC

NIKUL I URSZULA SHARMA / TANDOOR

Jak zaimponować kobiecie? Na przykład czekając trzy godziny w deszczu z kwiatami. Potem trzeba jeszcze przylecieć do obcego kraju i już zostać.

– Bilet kupiłem w dwie strony, ale już wiedziałem, że nie chcę wracać – tłumaczy Nikul Sharma, Hindus, którego Urszula poznała w Londynie. Ona chciała wykorzystać wakacje na dodatkową pracę, on w Wielkiej Brytanii pracował i studiował. Walizkę z rzeczami dosłała mu ciocia.

Jeszcze przed ślubem przyszli teściowie wysłali wybrance syna siedmiometrowe sari. Założyła je na wesele, zaraz po tym, jak zdjęła białą suknię ślubną.

– Przyjazd tutaj na pewno był dla teściów szokiem kulturowym. Chrześcijanka, i do tego spoza Indii – wspomina Urszula. – Bo na przykład siostra Nikula swojego przyszłego męża pierwszy raz zobaczyła na trzy dni przed ślubem. Wcześniej znali się wyłącznie internetowo – małżeństwo zaaranżowali rodzice. Choć zgodnie z tamtejszym prawem młodzi nie muszą się na to zgadzać.

Urszula i Nikul restaurację otworzyli kilka miesięcy temu. O dobrą pracę dla obcokrajowca, choć wykształconego, nie było w Olsztynie łatwo. Nikul pracował w kebabie. Kiedy zdecydował o odejściu, alternatywą okazało się otworzenie własnego biznesu. Miejsce nazwali Tandoor – od indyjskiego pieca do wypiekania pieczywa. Jedynego zresztą w województwie.

Goście narzekają, że pięć stolików to za mało.

– Przychodzą wszyscy – ci, którzy znają tę kuchnię i byli w Indiach, ale też ci, których przyciągnął zapach na ulicy.

Naszą rozmowę przerywa powiadomienie, które przychodzi na smartfona.

– O, mamy nową opinię! – woła Nikul. „Pyszna kuchnia, przemiła obsługa” – pisze ktoś.

Urszuli i Nikulowi bardzo zależało, żeby serwować gościom oryginalne dania indyjskie, nie spolszczone. Nie każde podniebienie jest w stanie to wytrzymać, całe szczęście można wybrać, czy danie ma być łagodne, czy pikantne.

Choć w 100 procentach nie da się odtworzyć wszystkiego. Przyprawy sprowadzane są z Indii, nie można jednak kupić niektórych warzyw, np. okry, niełatwo jest też o dobrą kolendrę. Szukając jej, Nikul jeździ niekiedy po całym Olsztynie. – Nawet kiedy akurat dostępna jest w hurtowni, nie mogę kupić na raz pięciu kilogramów! Codziennie muszę przywieźć świeżą – zaznacza.

– No i woda jest tu inna. W Indiach ta w kranie ma słodszy smak – wtrąca.

Ale Nikul zdążył się już przyzwyczaić do nowych smaków i odwyknąć od gwaru rodzimych ulic. Choć początkowo Urszula zbyt często słyszała: „to jedzenie nie ma smaku”, a zamiast tradycyjnych polskich potraw na stole pojawiały się zupki błyskawiczne.

Poza Polską żadne z nich nie wyobraża już sobie przyszłości. Inaczej być może spojrzy na to kiedyś ich córka Maja. Rodzice zapewniają, że w 3,5-latce więcej genów indyjskich. – Wszędzie jej pełno. Uwielbia świecidełka, muzykę, kolorowe stroje, suknie. Zupełnie inaczej niż ja – śmieje się Urszula. – Jest z Indii jak nic!

Tekst: Hanna Łozowska

Obraz: Hanna Łozowska, Michał Bartoszewicz, www.shutterstock.com