Ledwo wysiedliśmy po godzinie podróży z Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury i od razu pierwszy akcent polski. Przy pianinie na terminalu młoda turystka gra Chopina. Można sobie wyobrazić bardziej dostojne powitanie? Na każdym kroku Lwów przypominał nam, że możemy się tu czuć jak w domu.

No to w trolejbus i do centrum. Wiekowy kasownik z rączką dziurkuje, a raczej rozszarpuje bilety. Chłoniemy z okien zatłoczonego pojazdu lwowską architekturę. Urocze secesyjne kamienice i wille z drewnianymi werandami na przemian z szarymi klocami rodem z ZSRR. Pod Uniwersytetem Lwowskim, gdzie trolejbus kończy bieg, rozpościera się Park Iwana Franki. A w nim od wczesnych godzin biesiada: wszechobecni szachiści rozgrywający partyjki na ławkach, amatorzy napojów wyskokowych (picie alkoholu w miejscach publicznych jest tu dozwolone), a nawet panie w bikini. Ponieważ to majówka, wszędzie tłumy. I na każdym kroku słuchać język polski. Burczy nam w brzuchach więc kierunek: „Puzata hata” – bar szybkiej obsługi polecany przez miejscowych. Obowiązkowo trzeba zaliczyć ukraiński barszcze ze śmietaną i czosnkowymi plińcami, pierogi o kilku nadzieniach i domowy kompot. Cena wypasionego zestawu to niecałe 10 zł na głowę.

 

Czasu mamy niewiele, zaledwie kilka godzin do lotu powrotnego Lwów-Szymany. Koncentrujemy się więc na sercu Lwowa wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Do budynku opery, jednego z najbardziej charakterystycznych punktów miasta, prowadzi alejka ze straganami. Pieczona kiełbasa i kiszona kapusta, wyszywane ręcznie szarawary, lwowskie pamiątki i niekwestionowany hit niemal każdego straganu – papier toaletowy z wizerunkiem Putina. – O, pani z Polski, no to możemy sobie pogadać o Galicji – zagaduje jeden ze sprzedawców postsowieckich pamiątek. Kiedy mówię, że jestem tu bardziej służbowo, niż turystycznie, zachęca do zakupu nadszarpniętego zębem czasu medalu przodownika pracy za 10 hrywien (ok. 1,30 zł). Biorę nie tyle dla podbudowania zawodowego ego, co dla zwiększenia słabego ruchu w interesie. Błogosławieństwo od sprzedawcy – gratis.

Opera słynąca z niezwykłych wnętrz zamknięta, więc próbujemy szczęścia w filharmonii. I przy okazji bierzemy ostatnie bilety na koncert „Jazz Day” – dawkę standardów jazzowych w wykonaniu artystów Akademii Muzycznej. Do koncertu jeszcze czas – więc runda po labiryncie uliczek starówki. Klimatyczne, często zaniedbane kamienice i podwórka noszą ślady przedwojennej świetności. I na każdym kroku zabytkowa perła. Jeden z tzw. must see to katedra ormiańska, symbol dawnej wielokulturowości miasta.

 

Mroczne wnętrze z malowidłami Jana Henryka Rosena i nastrojowym światłem przebijającym się przez witraże zatrzymuje nas na chwilę wyciszenia. A potem znowu ruszamy wraz z tłumem. Cel: wieża widokowa na ratuszu. Witryny lokali i sklepów kuszą ze wszystkich stron oryginalnym dizajnem i zapachem. Pod jednym z nich tłum ludzi pije bordowy trunek w kryształowych kielichach. Lokal „Pyana Vishnya” to genialny pomysł na biznes. Wiśniowa nalewka domowej roboty to jedyna sprzedawana tu specjalność. Barman nalewa po sam brzeg kielicha. Wyjadamy na koniec wisienki nasączone dobrym humorem i tracimy siły na wspinanie się, by podziwiać panoramę miasta. Pyszny acz zdradliwy trunek uderza do głowy. Eh, trzeba było najpierw wdrapać się na wieżę. Może kawa pomoże wziąć się w garść? 

„Kopalnia kawy” w ścisłym centrum Starego Miasta to kultowe miejsce dla jej smakoszy. Tyle że kawa po lwowsku, parzona w specjalnych imbryczkach na rozgrzanym piasku, podawana z cytryną, cynamonem i nalewką kawową, rozleniwia jeszcze bardziej. Jak oni tu funkcjonują?

Wnętrze Lwowskiej Filharmonii Obwodowej przypomina kościół. XIX-wieczne organy podświetlane kolorowymi reflektorami, a muzyczny klimat rodem z Nowego Orleanu. Chłoniemy nastrój, choć w dziurawych jeansach i z plecakami czujemy się trochę nieswojo wśród eleganckich melomanów. I po wyjściu dochodzimy do wniosku, że nie trzeba iść do filharmonii, aby posłuchać tu dobrych dźwięków. Muzyka rozbrzmiewa we Lwowie na każdym kroku. Uliczni grajkowie to często profesjonaliści z dyplomami akademii.

Energetyczne dźwięki wciągają nas do trzypoziomowego lokalu „Prawda”. W dizajnerskim wnętrzu leje się strumieniami kraftowe piwo, np. o wdzięcznej nazwie „Czerwone oczy”. To nie tyle lokal, co instytucja – pub, browar, restauracja i sklep w jednym. Orkiestra dęta wygrywająca covery rockowe, porywa do tańca nawet wśród gęsto ustawionych stolików. Oprócz piwa można kupić masę gadżetów o antyimperialistycznej tematyce. Klimat sprawia, że nie chce się stąd wychodzić. Ale niebawem odjeżdża ostatni trolejbus na lotnisko. Na lot do Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury czekamy na terminalu z polską wycieczką. Uczestnicy z ekscytacją wymieniają się wrażeniami, które zaoferował Lwów: piękny i przyjazny Polakom, no i te ceny w lokalach i sklepach! Niemal trzykrotnie niższe niż w Polsce. A my w milczeniu przeglądamy fotki, które zrobiliśmy. Co tu gadać – po tak krótkiej wizycie czujemy niedosyt miasta i sielskiej atmosfery, której bliżej do południa, niż wschodu Europy. I pomyśleć, że 300 km stąd toczy się wojna.

 

W kameralnym, komfortowym samolocie linii LOT zjadamy po wafelku Prince Polo i odpływamy. A niespełna po godzinie drzemki budzi nas nocne, pachnące lasem powietrze Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury. Kolejka do kontroli paszportów idzie sprawnie, a pod lotniskiem już czeka na nas szynobus. Na selfie przy słynnej rzeźbie żurawi na tutejszym terminalu nie mamy już siły. Będzie okazja, bo jak nas uprzedzano we Lwowie – tu na jednej wizycie nigdy się nie kończy.

 

 

Tekst: Beata Waś, obraz: Jarek Poliwko

WARMIA I MAZURY Sp. z o.o.

Port Lotniczy Olsztyn-Mazury

www.mazuryairport.pl