GRAŁA NA STOŁECZNYCH SCENACH, WSPÓŁPRACOWAŁA Z WIELKIMI REŻYSERAMI, POJAWIŁA SIĘ W „POWIDOKACH”, OSTATNIM FILMIE ANDRZEJA WAJDY. AKTORKA MARIA SEMOTIUK MÓWI O TYM, JAK TRAFIŁA DO ELBLĄSKIEGO TEATRU I DLACZEGO RODZICE ODRADZALI JEJ TEN ZAWÓD.

MADE IN: Nie masz konta na żadnym portalu społecznościowym. To z braku czasu czy zainteresowania wirtualnym światem?

Maria Semotiuk: Owszem, nigdy nie interesował mnie świat wirtualny. Nie mam nawet konta internetowego w banku, wolę kolejkę do okienka. Przylgnęła do mnie opinia, że żyję w odrealnionym, swoim świecie, z głową w chmurach. Być może wiele rzeczy mnie omija, ale rezygnuję z nich świadomie, bo dla mnie nie przedstawiają istotnej wartości. Uważam, że mimo pozornie ułatwionego kontaktu, oddalamy się od siebie. Poza tym jestem dość sentymentalna i cenię tradycję – listy w kopercie, odręczne pismo, pocztówkę wysłaną z wakacji… Wychowywana byłam w domu, gdzie bezpośredni kontakt i rozmowa są bardzo ważne, więc czuję potrzebę budowania relacji patrząc człowiekowi w oczy.

Kontakt z widzem w teatrze pewnie wzmocnił tę potrzebę.

W ogóle praca aktora czy to w filmie, czy teatrze, to sięganie do swoich najgłębszych emocji i przekładanie ich na rolę. Podczas pracy z Agnieszką Holland na planie „W ciemności”, nauczyłam się, że we wchodzeniu w rolę nie trzeba sobie stawiać żadnych limitów, można się w niej zatracić.

Lekcja chyba zaprocentowała, skoro za drugoplanową rolę w „Letnim przesileniu” Michała Rogalskiego, dostałaś nagrodę na festiwalu w Gdyni.

Wiadomość o nagrodzie zszokowała mnie. Kiedy opadły emocje, pomyślałam jednak, że to potwierdzenie, że moje poszukiwania, solidna praca i wsparcie moich bliskich i mentorów nie poszły na marne. Nie miałam jednak oczekiwań, że ta nagroda będzie zwrotem w karierze.

To w Gdyni wypatrzył cię Andrzej Wajda?

Nie, rozmowy na temat „Powidoków” odbyły się dużo wcześniej, niż festiwal w Gdyni 2015. Zapadłam w pamięci Jolanty Dylewskiej, autorki zdjęć filmu „W ciemności”. Zaprosiła mnie na zdjęcia ich wspólnego projektu z mistrzem Wajdą „I była miłość w getcie”. Zapamiętał mnie tam i zaprosił jakiś czas później na rozmowę o „Powidokach”.

Jak go zapamiętałaś?

Był otwarty na moje propozycje interpretacji roli Róży Saltzman. Miał niespożytą energię, był wspaniałym szefem planu, wyłapywał drobiazgi. Sam dbał o każdy szczegół. Tak długo dobierał mi osobiście nakrycie głowy, aż znalazł to, co pokrywało się z jego wizją. W ubiegłym roku na pokazie „Powidoków” w Gdyni, połączonym z jego 90. urodzinami, podeszłam do niego z życzeniami. Nie byłam pewna, czy w ogóle mnie pamięta. A on zaskoczył mnie. Uśmiech w jego oczach i to, co powiedział gdy mnie zobaczył, wskazywało jednoznacznie, że dokładnie wie kim jestem. Miał fenomenalną pamięć.

Pochodzisz z Łodzi, pracujesz na planach filmowych w Warszawie, co cię przygnało do Elbląga?

Po studiach na Akademii Teatralnej i paru latach pracy w Warszawie, kończyły mi się umowy ze scenami stołecznymi. Dowiedziałam się, że dyrektor teatru w Elblągu szuka odtwórczyni tytułowej roli „Dziewczynki z zapałkami”. Wiele osób podkreślało, że nie wyglądam na swój wiek, ale dużo młodziej. Poza tym mam wykształcenie muzyczne w klasie skrzypiec, co było wskazane do tej roli. Zgłosiłam się do teatru. Przed „Dziewczynką…” zagrałam tu jeszcze Julię Kapulet w „Romeo i Julia”. Dzielę swoje życie między trzy miasta. W Elblągu jetem od ponad trzech lat w zespole aktorskim, zagrałam tu kilkanaście ról. Nie ma dla mnie znaczenia czy scena jest w Warszawie, czy w Pcimiu Dolnym, czy gdziekolwiek indziej, gram najlepiej jak umiem. Nierzadko bywam też w Olsztynie, skąd pochodzi moja przyjaciółka ze studiów aktorskich. A mój tata, Bogusław Semotiuk, reżyserował w tutejszym teatrze dyplom studencki „Sceny z nowego świata”.

Czyli teatr masz we krwi.

Rodzice starali się rozwijać we mnie pasje, więc śpiewałam, tańczyłam, malowałam. Tata uczył mnie jazdy konnej i gry w tenisa. Rozmawialiśmy o aktorstwie, rodzice starali się uświadomić mi, jak bardzo okrutny i bezwzględny jest to zawód. Że oprócz całego piękna, ma swą drugą bezlitosną stronę, jest w nim wiele nieuczciwości, podłości, fałszu itd. I że poza ponadprzeciętną wrażliwością, trzeba być w stanie nieustannie to wszystko znosić i jeszcze zabiegać ciągle o uwagę, czego ja nie potrafię. Nie lubię się narzucać, chciałabym aby mówiła za mnie moja praca. Poza tym to złośliwy zawód – tata podsunął mi zresztą książkę na ten temat – „Diabelski zawód”. Trudno cokolwiek zaplanować. Albo telefon milczy miesiącami, albo dzwoni kilka propozycji na raz i jest dylemat. Ale co innego zdawać sobie sprawę, co innego doświadczać. Może dzięki temu, nie zaskakują mnie rozczarowania czy trudne momenty. Nie wyobrażam sobie, abym mogła robić w życiu co innego. Kocham teatr i kocham grać, co jest niezbędne aby podejmować próbę wytrwania w tym zawodzie.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Anna Pińkowska