GDY WIĘKSZOŚĆ LICZY NA ŁAGODNĄ ZIMĘ, ON CZEKA NA SOLIDNY MRÓZ, KTÓRY SKUJE JEZIORA. WTEDY ZACZYNA SIĘ ŻEGLARSTWO LODOWE. SPORT NIEBEZPIECZNY, KOSZTOWNY I ZALEŻNY OD ZMIENNEJ POGODY. SPORT DLA WARIATÓW – JAK MÓWI ROBERT ŚLIWIŃSKI, WIELOKROTNY MISTRZ W BOJERACH.

 

Zdarza się, że przejedzie 1,5 tys. km, by polatać, ale na miejscu okazuje się, że lód właśnie stopniał. Albo w nocy spadło 50 cm śniegu, uniemożliwiającego zawody. Albo rybacy zrobili przeręble, grożące zatopieniem. Zdarza się. Ale zdarza się również, że po raz kolejny zdobędzie tytuł mistrza Polski czy Europy. To częściej. Bo, jak mówi, nie jedzie, by napić się piwa, tylko po to, żeby wygrać.

Ekstremalne sytuacje wybierał od urodzenia. Dosłownie. Na świat przyszedł w drodze na porodówkę, konkretnie na… moście w Mikołajkach. To tam o 3.00 nad ranem zauważyli jego mamę flisacy i wraz z nowonarodzonym dzieckiem zanieśli do szpitala.

Pięć lat później mały Robert należał już do Mazurskiego Klubu Żeglarskiego. W ’61 roku nie było jeszcze mniejszych bojerów typu ICE. Mając osiem lat, latał więc od razu na większych, klasy DN. I tak do ’75 roku, kiedy wyjechał do Niemiec. Wrócił na rodzinne Mazury jako jedyny z licznej rodziny – brakowało mu tutejszego powietrza.

W 2004 roku, tuż obok pensjonatu prowadzonego przez mamę, otworzył Hotel Robert’s Port. W czterogwiazdkowym obiekcie w Starych Sadach nieopodal Mikołajek, malowniczo położonym nad jeziorem Tałty, wszystko przypomina o wodnych (żeglarskich, armatorskich i bojerowych) zamiłowaniach jego właściciela: obrazy z nautycznymi motywami, stylowy bar w kształcie żaglowca czy druga co do wielkości flota statków pasażerskich na Mazurach. I ściana pucharów – to pierwsze, co rzuca się w oczy po wejściu do budynku. Jednak najcenniejszym z nich jest hart ducha i kondycja 62-letniego Roberta Śliwińskiego. Od 15 lat ćwiczy codziennie, a 12 lat temu bojerowiec Jerzy Kulewicz namówił go na powrót do lodowego żeglarstwa, tym razem na dwuosobowym Monotypie XV. – Od sześciu lat, tak circa, mamy wyniki – ocenia pan Robert. Ostatnie z nich to III miejsce na mistrzostwach Europy Monotype XV oraz Złota Płoza w punktacji grupowej, I miejsce na Międzynarodowych Mistrzostwach Polski i również pierwsze w klasyfikacji generalnej za rok 2015.

Od paru lat Robert Śliwiński startuje z Peeterem Sinivalim. Pochodzący z Estonii bojerowiec (ośmiokrotny mistrz świata na żaglówkach) do tego stopnia polubił polską drużynę, że postanowił do niej dołączyć. Zrezygnował z latania w rodzimym kraju i co sezon przybywa do Starych Sadów. Wraz z pozostałymi pięcioma członkami ekipy tworzą największą bojerową załogę w Europie. – Gdy przyjeżdżamy na zawody za granicą, mówią o nas: O, Amerykanie ze Wschodu przyjechali – śmieje się pan Robert.

By w trzaskającym mrozie, w półleżącej pozycji polatać z prędkością 140 km/h, nawet dwa metry nad lodem, ciągną ze sobą masę sprzętu. Samochód z przyczepą dłuższą od tira wiezie 160-kilogramowy kadłub bojera: – Jest lepiej zrobiony i błyszczy bardziej niż najlepszy fortepian – chwali właściciel. – Do tego reszta wyposażenia, quad, prowiant. I dwa kartony wódki, bo nikomu nie żałujemy – dodaje z mrugnięciem oka.

Członkowie teamów z ośmiu zrzeszonych państw są trochę jak duża, wielokulturowa rodzina, bo żeglarstwo lodowe jest sportem dość wymagającym, a przez to elitarnym: – Treningów jest mało, bo rzadko mamy odpowiednie warunki. Czasem przychodzi mail „Lód jest piękny, 20 cm”. Ale zanim dojedziemy, w nocy spadnie 50-centymetrowy śnieg – tłumaczy Robert Śliwiński. – Kiedyś pojechaliśmy do Szwecji, stamtąd, w poszukiwaniu dobrego lodu, do Estonii. Wreszcie wylądowaliśmy w… Giżycku. Albo w listopadzie 2015 mieliśmy być Laponii, ale lodu nie było! Młodzików z reguły na to nie stać.

Bo profesjonalny sprzęt, podróże i ta niepewna pogoda generują spore koszty. Dla młodych właściciel Robert’s Port utworzył drużynę piłki nożnej halowej: – Pracownicy mnie namówili – przyznaje i z entuzjazmem, chyba jeszcze większym niż przy bojerach, opowiada o sukcesach drużyny, która od początku istnienia nie opuszcza podium w Amber Cup.

Sam nie gra, woli unikać kontuzji. A jednak żeglarstwo lodowe nie należy do najbezpieczniejszych. W Szwecji natrafili na sztorm. Zanim dotarli do bazy, obróciło nimi sześć razy. Kiedy indziej bojer pękł na pół. Lecący nim Rafał Bujanowski, członek zespołu odpowiedzialny za serwis, był pewny, że nie żyje, gdy… opadł na niego biały żagiel. A ostatnio natknęli się na ogromny statek, przepływający tuż obok malutkiego bojera torem wykutym w lodzie. – Czyż nie jest to piękne? – stwierdza pan Robert, pokazując pamiątkowe zdjęcie.

Topią się rzadko. Kiedyś płoza wpadła w pokrytą cienką taflą lodu przerębel, zrobioną przez rybaków. Połamana klatka piersiowa, połamany sprzęt… Ale zawzięli się, dzień i noc łatali bojer. Tydzień później byli na MŚ w Szwecji.

Podczas innych mistrzostw był bardzo cienki lód. – Mieliśmy założone łańcuchy na quadzie, ciągnąłem przyczepę ze sprzętem i ludzi z prędkością 120 km/h, bo lubię szybką jazdę. Za nami dużo wolniej jechała Szwedka. To tempo ją zgubiło, lód nie wytrzymał  – ocenia. Lecz nie zostawili jej na lodzie (tym przysłowiowym), jedynie sprzęt utonął i dotąd leży na dnie.

– Po takich zmaganiach nasz hotel i SPA jest dobrym miejscem do odpoczynku – dodaje Robert Śliwiński i opowiada o organizowanych przez Robert’s Port zawodach bojerowych. Jego drużyna bierze też udział w Ogólnopolskich Regatach Żeglarskich Hotelarzy Polish Prestige Hotels & Resort. – I na tych Omegach też się nie dajemy – podsumowuje zdobyte medale.

Odprowadzając nas do samochodu, rzuca jeszcze na odchodnym: – W moim wieku nie jest już łatwo, ale ja kocham ten sport. I gdybym żył samą pracą, to chyba bym zwariował. A na pewno skapcaniał zupełnie.

DSC01918Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama
Obraz: archiwum hotel Robert’s Port

 

 

 

DSC01938   DSC01937   DSC01935