ALBERT EINSTEIN POWIEDZIAŁ, ŻE ŻYCIE MOŻNA PRZEŻYĆ TYLKO NA DWA SPOSOBY: TAK JAKBY CUDA NIE ISTNIAŁY ALBO TAK JAKBY CUDEM BYŁO WSZYSTKO. OJCIEC, MIŁOŚNIK PRZYRODY, ZASZCZEPIŁ MI TĘ DRUGĄ OPCJĘ – PISZE KRZYSZTOF „LEŚNY” MIKUNDA.

 

Budzik nastawiam na 3:30 rano. Nie chcę przegapić żadnego „złotego kwadransa”, kiedy wschodzące słońce rzuca światło, jakiego nie sposób uchwycić przez resztę doby. W mojej szafie, obok wyprasowanych koszul, wisi sporo strojów maskujących, na różne pory roku i rozmaity teren. Na suche trawy – wdzianko zielonkawo-szare, do lasu – strój moro w kilku wariantach, zimą – białe kombinezony. Kontury ciała „rozmywam” przyczepionymi do uniformów frędzlami, kawałkami gałęzi i mchu. Nakładam na twarz i dłonie brunatne barwy. I uzbrojony w aparat fotograficzny, ruszam na tropienie cudów. Najczęściej do Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej, gdzie m.in. mam swoje czatownie. Stosuję zasiadkę albo podchód. Znaczy – instaluję się w pobliżu szlaków zwierzyny albo bezszelestnie sunąc, staram się znaleźć jak najbliżej zwierzęcia. Wykorzystuję kierunek wiatru, roślinność, patrzę w niebo i pod nogi. Napawam oczy i pstrykam, jeśli się uda – dokumentuję chwilę. Co mam w leśnym portfolio? Spotkanie oko w oko z wilkiem nad jeziorem Kośno, obserwacje zza krzaka zabaw młodego jelonka z warchlakami, złowrogie „ofukanie” przez rozdrażnioną lochę. A także powalające rykowiska czy sceny, w których sarny lub łanie karmią młode. Po trzech latach obserwowania fascynujących kruków zacząłem rozróżniać część komunikatów ich złożonego języka.

Jeśli las wokół mnie milknie – wiem, że popełniłem jakiś błąd, poruszałem się zbyt szybko lub za głośno. Włącza się alarm, najczęściej to sójka ostrzega towarzystwo, sarny podnoszą głowy i po chwili widzę już tylko ich zadki. Trzeba przerwać bajkę i zaczynać wszystko od początku.

Od wielu lat zaczynam dzień w puszczy, często też tam go kończę. Kiedy wchodzę do lasu, mój mózg przechodzi w stan alfa. To stan głębokiego odprężenia połączony z uaktywnieniem podświadomości i zdolności obserwacji. Reset i ukojenie przychodzi nagle, jakby istniał jakiś przełącznik. W młodości byłem zbuntowany i niepokorny, a pokory i cierpliwości nauczył mnie las, wyciszył, zredukował stres. Po latach pracy w trudnej branży reklamowej już wiem, że to przyrodzie zawdzięczam niesłabnący entuzjazm do zarządzania firmą. Intensywne obserwacje panujących w puszczy reguł otworzyły mi oczy na wiele kwestii. Wszystkie zachodzące tu procesy czemuś służą, nie ma pustych gestów, marnotrawienia energii czy surowca. Jest pełna współpraca i oszczędność. Las pozwolił mi zrozumieć, że żyjemy w świecie międzygatunkowych zależności. Robimy błąd, analizując sytuację lasu na zasadzie tu i teraz. Większość procesów ma charakter wieloletni. Natura wszystko wyrównuje, gatunki zwierząt doskonale współpracują, a każda niepotrzebna śmierć tę równowagę zaburza. Nauczyłem się patrzeć perspektywicznie i żyć minimalistycznie. Wzorem zwierząt gromadzę tyle, ile jest mi niezbędne do życia, nie zmieniam telewizorów, nie daję się nabrać na wszechobecne promocje, wciskające nam masę zbędnych przedmiotów. Mierzi mnie za to każdy wyrzucony do wody papieros, który ostatecznie zatruwa dwa metry sześcienne wody. Worek śmieci wyrzucony w lesie to prawdziwy dramat w skali mikro środowiska. Dzisiejsza filozofia życia oddala od przyrody, mamy nadmiernie rozbudzoną potrzebę posiadania, a zbyt słabo rozwiniętą wrażliwość na otoczenie. Wmawia nam się, że las jest tylko po to, aby produkować drewno. Dziś na tapecie jest Puszcza Białowieska, jutro być może warmińskie lasy. Co znamienne, w awanturze między ministrem a ekologami, głos naukowców, od lat nalegających na całkowitą ochronę puszczy, zanika na marginesie. Jak powiedział Antoine de Saint-Exupéry: „Ziemi nie dziedziczymy po naszych rodzicach, pożyczamy ją od naszych dzieci”. Warto o tym pamiętać, dokonując codziennych wyborów.

 

Krzysztof „Leśny” Mikunda, szef olsztyńskiej agencji reklamowej Matrix, autor przyrodniczo-fotograficznego bloga (krzysiekmikunda.blogspot.com), autor audiobooków, cyklu audycji radiowych. Niegdyś promotor wędkarstwa hobbystycznego „no kill”. Jedyne, czego się obawia w lesie, to borelioza.