Dotknęliśmy śmierdzącego tematu, dosłownie i w przenośni. Próbując znaleźć odpowiedzi na zagadkowe pytania, jak to możliwe jest, to lawinowe wręcz stawianie wielkoprzemysłowych ferm, które degradują środowisko i krajobraz Warmii i Mazur, zorganizowaliśmy konferencję naukową, oddając głos ekspertom. No i cóż… Jest źle, ale kto to ma powstrzymać? – pyta Katarzyna Trąbińska*.

Przy posesjach, zabytkowych obiektach, gospodarstwach agroturystycznych, nad jeziorami i rzekami, a nawet w pobliżu ujęć wody pitnej – patrząc na lokalizacje lawinowo wręcz stawianych w ciągu ostatnich dwóch lat wielkoprzemysłowych ferm, ma się wrażenie, że ich umiejscowieniem rządzi chaos. Dlatego my, mieszkańcy, którym stawia się pod nosem bomby ekologiczne, zorganizowaliśmy na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim konferencję „Społeczność Warmii i Mazur w obliczu ekspansji ferm wielkoprzemysłowych”. Jako stowarzyszenie „Wspólne miejsce do życia” zaprosiliśmy ekspertów, naukowców, przedstawicieli instytucji państwowych, prawników, samorządowców i parlamentarzystów, by po konferencji być bliżej odpowiedzi na pytanie: co tak naprawdę wyczyniają ze środowiskiem i naszym zdrowiem wielkoprzemysłowe fermy, no i przede wszystkim, co państwo może zrobić, by to zmienić. Byśmy nie patrzyli bezradnie na stawiane kolejne setki, tysiące kurników, bo za chwilę z pięknych Warmii i Mazur zostaną jedynie wspomnienia. Bo póki co, przegrywamy wszyscy z silnym lobby inwestorów.

Fermy to nie tylko smród. Prof. ekologii Zbigniew Endler wypunktował skażenia powietrza azotynami, wskutek czego wymiera roślinność, że każdy kurnik jest skupiskiem około stu groźnych bakterii (tej najgroźniejszej campylobacter również) wydmuchiwanych wentylatorami w najbliższą okolicę. Skutecznie stosowana antybiotykoterapia doprowadza do tego, że dzikie zwierzęta (listy, kuny, ptaki) „wynoszą” z ferm antybiotykoodporne mikroorganizmy, z którymi kontakt potem ma człowiek. Toksykolog prof. Lidia Wolska przytoczyła badania potwierdzające niszczący wpływ wielkoprzemysłowych ferm na zdrowie ludzkie. Osoby żyjące w ich pobliżu, poprzez uwalnianie się dużych ilości amoniaku do atmosfery, są mniej odporne na infekcje oddechowe, spada funkcjonalność płuc, a obecne w kurnikach biologiczne aerozole, w których skład wchodzą grzyby i pleśnie, przyczyniają się do powstawania nowotworów płuc.

Przesiąknięty toksycznymi odchodami grunt „zasila” wody gruntowe, a także ujęcia wód dla wsi.

Inwestycje wielkoprzemysłowego chowu zwierząt zawsze są przedsięwzięciem oddziałującym na środowisko. Mówią o tym i przepisy, i badania naukowe, ale – o dziwo – dokumenty opracowywane przez inwestorów, już nie. Otóż ich raporty zawsze są tak sporządzone, by wszystko mieściło się w nieprzekraczalnych normach. No i dowiedzieliśmy się na konferencji od kontrolujących instytucji, o takich właśnie „kwiatkach” i absurdach z przedłożonych raportów: „dokuczliwe zapachy pozostają w obrębie działki inwestora”. Instytucje, z powodu niedoskonałych przepisów, też są sklinczowane. Przedstawiciel NIK opowiadał o karach nałożonych na łamiących przepisy inwestorów ferm: wywołujące śmiech cztery, bądź pięć tys. zł. I nazwał sprawę po imieniu; państwo nie radzi sobie z problemem stawianych ferm. Mimo iż NIK wskazuje nieprawidłowości przy ich funkcjonowaniu.

Jako mieszkańcy, którym mnożące się fermy wręcz zaczynają zaglądać do okien domów, jesteśmy bezradni, instytucje państwa są bezradne, a prawo wciąż działa na korzyść inwestorów.

70 proc. powierzchni kraju nie jest objęta miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego. A te są w tej chwili jedynym skutecznym narzędziem powstrzymującym budowę ferm. Niestety, wiele gmin nawet nie stać na sporządzenie planu, więc przedstawione na mapach poszczególnych regionów lokalizacje kurników pokazują dobitnie, że są gminy wręcz zabudowane nimi.

Nowa burmistrzyni Żuromina, gminy, która stała się czarnym przykładem inwazji ferm (aż 700 kurników w całym powiecie), ostrzegała samorządowców, że jeśli szybko nie sporządzą planów zagospodarowania gmin, które zakażą stawiania ferm, szybko mogą stać się ofiarami podobnymi do jej gminy. – Największym dramatem dla mnie jako burmistrzyni jest to, że zwyczajnie mieszkańcy uciekają z tej gminy – wyznała Aneta Goliat. – Bo już nie chcą w niej mieszkać.

W okolicach ferm siada rolnictwo, siada budownictwo, siadają ceny nieruchomości i działek. Siada turystyka i agroturystyka. Siada zainteresowanie czymkolwiek. Marne to rokowania i nikt nie chciałby, by całkowicie zawładnęły pięknymi, turystycznymi, wciąż zielonymi Warmią i Mazurami.

Obudźmy się, zwłaszcza ci, którzy mogą wprowadzić szybkie zmiany w prawie, by wreszcie ucywilizować ten problem.

* Katarzyna Trąbińska – mieszkanka gminy Działdowo, współorganizatorka konferencji „Społeczność Warmii i Mazur w obliczu ekspansji ferm wielkoprzemysłowych”, która odbyła się na UMW w Olsztynie 19 czerwca, członkini stowarzyszenia „Wspólne miejsce do życia”.

Masz coś do powiedzenia w tym temacie?

Pisz: wspolnemiejscedozycia@czystemazury.org