Trzy lata temu uciekł z miasta. W białych surowych wnętrzach domu nad jeziorem Wulpińskim, tworzy obrazy, rzeźby, instalacje. Nieprzerwanie od 45 lat Jan Pruski jest artystą na cały etat. A czasem na dwa etaty.

MADE IN: Przed czym uciekłeś z miasta?

Jan Pruski: Zamknąłem pewien etap w życiu. No i nie mieściły mi się obrazy, potrzebowałem dla nich przestrzeni, dużej pracowni z magazynem. Największym problemem dla artysty jest nie luksusowa pracownia, a duży magazyn. Chcę żeby moim obrazom było dobrze. Aby miało ciepło, sucho. To tak jak z dziećmi, martwisz się o nie. Największą tragedią dla artysty jest utrata prac. Co roku tworzę ich około 30, tych dużych, poważnych. Chociaż założyłem sobie kiedyś, że będzie ich tylko 12 w roku. Ale nie wychodzi ten plan…

Trudno się ograniczać?

Czasem nie tworzę cały miesiąc, a potem przychodzi ten moment i powstaje cztery, pięć obrazów w ciągu kilku tygodni. Wpadam w ciąg, pracuję po kilkanaście godzin. Aż się nasycę, umęczę i wtedy mogę odpocząć. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy chodzą regularnie do pracy. Wolność najdrożej kosztuje. Trzeba mieć ogromną samodyscyplinę. A trudno jest malować na siłę – tak najczęściej jest z pracami na zamówienie.

Twoje malarstwo zadaje pytania czy podaje odpowiedzi?

Artysta przechodzi z obrazu do obrazu, następny tłumaczy ten poprzedni, każdy kolejny musi być lepszy, mądrzejszy, dojrzalszy. To jeden ciąg myślowy, nieskończony. Potrafię się inspirować swoimi wcześniejszymi pracami i choć mam ich kilka tysięcy na koncie, nikt nie byłby w stanie oszukać mnie kopią. Ale czasem zapomnę czegoś dodać i nagle mnie olśni, czasem po kilku latach: jak ja mogłem tego nie zobaczyć? Tak jakbym widział swoje dziecko które wraca z daleka i mówię: córcia, coś ty z włosami zrobiła? Ostatnio kończyłem rzeźbę, którą zacząłem w latach 90., stała w częściach i czekała na swój moment. Nagle otworzyło się serce i ją zmontowałem.

Z czego tworzysz rzeźby?

Ostatnie „Akrobatki” z ostrzy kilofów. Czasem z kowadeł szewskich albo jakichś staroci. Zaopatruję się często na flomarku na Zatorzu. Kiedyś zadzwonił przyjaciel i powiedział: „jestem na złomowisku i jest tu 15 kilo figurek Chrystusów. Przywieźć ci je?”. Przywiózł i zrobiłem z nich rzeźbę „Commercial Crucifix”. Moja twórczość figuratywna często powstaje pod wpływem impulsu, emocji, wkurzenia.

Na co?

Na to, że człowiek jest zdolny do wszystkiego, człowiek człowiekowi wilkiem. Rzadko nazywam swoje prace, chyba że coś mnie szczególnie dotknie, ale staram się odcinać od złych informacji, dlatego osiadłem nad jeziorem, ciut dalej od cywilizacji, w ukochanym, szarym, warmińskim pejzażu. To on przeważa w mojej twórczości. Poza tym jestem fanem sztuki, dorobku poprzednich pokoleń mistrzów, ich warsztatu. Malarstwo to filtrowanie przez siebie samego tego, co już było. Dlatego artysta powinien przede wszystkim czytać, oglądać, poznawać, żeby móc zrozumieć i odkryć samego siebie.

Dlaczego tak dużo bieli w twoim otoczeniu, twórczości?

Wprowadza ład, czystość, klarowność w moje chaotyczne życie, niespokojny umysł. Na okrągło myślę o śmierci, a biel to jej kolor. Swoimi obrazami odmierzam czas, przybliżam się do niej. Od obrazu do obrazu i strzeliło mi ostatnio 60 lat. Podobnie robił Opałka, Cześnik, których twórczość jest mi bliska. Dołączył do nich ostatnio Lawrence Carroll, wybitny amerykański artysta, pochodzący z Australii. Rok temu, dzięki mojemu przyjacielowi Andrzejowi Kalitowiczowi poznałem go na jego wystawie w Buchmann Galerie w Berlinie. To jedna z lepszych rzeczy jaka mnie ostatnio spotkała. Bardzo podobnie odbieramy świat, sztukę, więc nie mogliśmy się nagadać! Na mój niedawny jubileusz Lawrence napisał piękny esej o mojej sztuce. Sam bym lepiej jej nie opisał!

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Krzysztof Mikunda